KLIKNIJ TUTAJ - POSŁUCHAJ NA SOUNDCLOUDZIE
Przechodzimy do wyższych i subtelniejszych zastosowań równowagi umysłu. Jak powiedziałem na początku, istnieją zasadniczo dwa aspekty zrównoważenia. Pierwszym z nich jest aspekt stabilności i równowagi, gdy znajdujemy się w wirze aktywności, myślenia, komunikowania z innymi, skrajnych emocji, sukcesów i porażek, pochwał i krytyki, szczęścia i nieszczęścia, zapomnienia i sławy.
To jeden rodzaj zrównoważenia, który jest bardzo użyteczny i może być zastosowany nawet przez arahanta lub żyjącego w odosobnieniu mnicha. Nie można przecież przez cały czas przebywać w czystej medytacji samādhi.
Tu przechodzimy do drugiego aspektu zrównoważenia, jakim jest przestronne, rozległe nieporuszenie.
Ten rodzaj zrównoważenia nie ma zastosowania w zwykłym życiu, lecz w życiu o szczególnym charakterze.
I to jest właśnie charakterystyczną cechą czwartej jhāny.
To ton i emocjonalne zabarwienie czwartej jhāny.
Teraz przechodzimy do… Zazwyczaj nie wchodzi się od razu do czwartej jhāny.
W historii mieliśmy różne okresy, podczas których wśród Saṅghi i świeckich panowały różne opinie co do możliwości osiągnięcia jhān przez społeczność zakonną i pozostałych praktykujących.
Na ile są one konieczne i na ile możliwe do osiągnięcia?
Moda na jhāny nieustannie przemija i powraca, a wraz z nią zmieniają się teorie co do ich osiągalności.
Oczywiście, jeśli cofniemy się do czasów Buddhy - był On orędownikiem praktykowania jhān i wygląda na to, że za Jego życia ludzie masowo je osiągali i urzeczywistniali różne stopnie Przebudzenia.
I to nie tylko mnisi, ale także wspólnota świecka.
Świeccy wyznawcy także medytowali – być może nie na odosobnieniach, raczej w domach, ale gdy tylko mogli, to przychodzili do klasztorów.
Mieli dużo szczęścia, bo klasztory znajdowały się blisko, pół mili przez las, więc zawsze można było się tam wybrać.
Mnisi mieszkali w małych chatkach i codziennie rano przechodzili przez wioskę, zbierając jałmużnę, więc codziennie można było ich spotkać, podejść do nich i porozmawiać z tymi, którzy mieli czas.
Można było się zaznajomić, a czasem zaprosić mnichów na obiad do domu, czasami zanieść im jedzenie do klasztoru. Natomiast zasadniczo to raczej członkowie zakonu codziennie przychodzili do miejsca zamieszkania świeckich po jałmużnę.
Ci mieli więc możliwość częstej interakcji z mnichami.
Ale ludzie w tamtych czasach byli rolnikami, uprawiali ryż, mieli swoje obowiązki i czasem dwanaścioro dzieci oraz inne codzienne sprawy. Nie mogli więc powiedzieć żonie: „Zajmij się dziećmi, a ja pojadę na odosobnienie".
A kto nakarmi bawoły?
To jak we wschodniej i północno-wschodniej Tajlandii, gdzie dwadzieścia pięć lat temu mieszkałem w klasztorach Ajahna Chah, a wszędzie dookoła były uprawy ryżu i bawoły wodne.
Tamtejsi rolnicy wprawdzie raczej nie przyjeżdżali na odosobnienia, ale niemal codziennie widzieli się z mnichami.
Pojawiali się także na długich sesjach medytacyjnych, zazwyczaj cotygodniowych całonocnych siedzeniach.
I wydaje się, że w tradycji leśnej nastał w pewnym sensie powrót do czasów Buddhy – mamy leśnych mnichów, wielkich nauczycieli, którzy twierdzą, że niektórzy świeccy mieszkańcy okolicznych wsi osiągają jhāny, w tym nawet czwartą jhānę.
Czwarta jhāna to niezwykle głęboki stan.
Jednocześnie w innych krajach, na przykład na Sri Lance lub w Birmie, spotkalibyście się z zupełnie odmiennym spojrzeniem na to, czy jhāny są możliwe i czy świeccy w ogóle powinni się nimi zajmować.
Na Sri Lance do niedawna poddawano w wątpliwość nawet to, że mnisi są w stanie osiągać jhāny.
Tam praktyka jhān zanikła.
Z kolei w Birmie kładziono ogromny nacisk na praktykę vipassany. Nastąpił renesans medytacji, zarówno wśród świeckich, jak i mnichów, przy czym nastawiono się właśnie na medytację vipassany, z pominięciem wszelkich form medytacji jhānicznej.
Widać więc, jak zróżnicowane jest podejście do tych spraw.
To samo działo się w przeszłości, co widać, gdy poczyta się komentarze do sutt.
Około tysiąc lat po Buddzie pojawiają się jhāny w wersji z Visuddhimaggi, gdzie są one traktowane jako coś wyjątkowego – jhāny jest w stanie osiągnąć może jeden człowiek na milion, to coś ponadnormalnego i coś bardzo, bardzo trudnego do osiągnięcia.
Szczególnie jeśli chodzi o medytację z oddechem – w tamtych czasach niemal w ogóle zrezygnowano z medytacji z oddechem i zamieniono ją na kasiṇy o różnych kolorach.
Znacznie się to różni od tego, co znajduje się w innym dziele komentatorskim, napisanym 500 lat wcześniej, znanym jako Vimuttimagga.
Tam jhāny są o wiele bardziej dostępne, a oddech jest szczególnie zalecany, jest jedynie inaczej opisywany.
Dlatego osobiście wolę wracać do najwcześniejszych sutt.
Nie ufam niektórym zmianom społecznym, jakie zaszły w Azji.
W procesie takich zmian rodzą się różne postawy i rozpowszechniane są różne poglądy.
Ale to tylko przekonania.
Jeśli zaś zwrócić się do sutt, Buddha mówi w nich, że tam, gdzie jest Szlachetna Ośmioraka Ścieżka, tam znajdziesz ludzi będących na pierwszym, drugim, trzecim i czwartym stopniu Przebudzenia.
Tam, gdzie są spełnione warunki dla rozwoju samādhi, znajdziesz ludzi, którzy osiągają samādhi.
Lepiej więc odrzucić pesymistyczne lub optymistyczne koncepcje czy z góry przyjęte tezy na temat tego, czy da się czy nie da osiągnąć jhān. Lepiej zwrócić się bezpośrednio do Buddhy, bo on pokazuje to w sposób niezwykle mądry.
Buddha mówi: stwórz sobie warunki i przestań się zastanawiać:
„Czy to możliwe, czy niemożliwe?”.
Nie było niczego magicznego w piątym wieku przed naszą erą.
Dzisiejsze czasy też nie są magiczne a ludzie, w zasadzie, są tacy sami.
Kluczowe jest to, żeby stworzyć odpowiednie warunki.
Sam bardzo dawno temu, jeszcze zanim zostałem mnichem, zacząłem interesować się praktyką samādhi, skupienia i praktyką jhān. I was do tego zachęcam.
Zostałem pustelnikiem, przez lata mieszkałem w lesie i praktykowałem ten rodzaj medytacji.
Potem zostałem mnichem, a wyświęcił mnie Bhante Gunaratana, który napisał książkę o jhānach i dużo o nich rozmawialiśmy.
Jak na mnicha ze Sri Lanki Bhante był dość niezwykły: po pierwsze dlatego, że był gorącym zwolennikiem medytacji, a później założył klasztor w tradycji leśnej.
Po drugie dlatego, że zachęcał do praktykowania i dążenia do osiągnięcia jhān.
Stąd sam nie byłem nigdy zwolennikiem szkoły, która podważa jhāny, ich znaczenie czy możliwość praktykowania.
Ale niezależnie od tego, co o tym myślimy, z mojego doświadczenia wynika, że czwarta jhāna jest czymś naprawdę wyjątkowym. Jak mawiał Bhante G, jeśli chcesz osiągnąć jhāny, nie możesz mieć żadnych innych zainteresowań.
Dotyczy to także mnichów – żadnych hobby.
Ta praktyka wymaga całkowitego zaangażowania umysłu – przynajmniej przez określony czas.
To wysoka i subtelna sztuka, która wymaga całkowitego poświęcenia i czujności, jeśli chce się stworzyć odpowiednie warunki do praktyki.
Jednym z tych warunków, szczęśliwie dla nas, jest praktykowanie zrównoważenia umysłu – mądrej odmiany zrównoważenia, potrzebnej w relacjach.
Zatem życie przeżywane w równowadze umysłu to jeden z warunków do rozwoju samādhi.
A to dlatego, że aby móc zachowywać równowagę w codziennym życiu trzeba mieć dobrze rozwiniętą praktykę uważności.
Trzeba umieć zauważać, gdy tracimy uważność, kiedy się zapominamy i pojawiają się przeszkody, czyli czynniki drażniące umysł.
W ten sposób przygotowujemy się na moment, gdy będziemy mogli usiąść do medytacji, w niczym nie zakłóconej ciszy, we własnym pokoju lub na odosobnieniu medytacyjnym.
To bardzo dobry punkt wyjścia by pozwolić umysłowi wejść w zrównoważenie, które jest składową jhān i stanu samādhi.
Pamiętajcie, że przekazuję wam tu tylko informacje. Od nikogo nie oczekuję, że dzisiaj otrzyma instrukcje a jutro od razu wejdzie w czwartą jhānę – chociaż to się może zdarzyć.
Ale ważne jest, żeby ludzie o tym słyszeli i o tym wiedzieli.
Inaczej jak można oczekiwać, że ktokolwiek się o tym dowie?
Mało prawdopodobne, że ludzie, którzy mają predyspozycje do jhān sami z siebie zjawią się w klasztorze.
Na przykład, dlaczego wy tu teraz jesteście?
I dlaczego nie ma tu innych?
Dlaczego w klasztorach pojawia się tak niewiele osób?
Ponieważ, z buddyjskiego punktu widzenia, istnieje w was taka skłonność.
Nie przyszlibyście tu, gdyby coś was do tego nie ciągnęło.
Nie chodzisz na koncerty, jeśli nie interesujesz się muzyką.
Tylko jeśli masz do tego skłonność.
Można sobie wyobrazić, że na czubku głowy mamy mały skaner. Może go nie zauważyliście, ale on nieustannie skanuje otoczenie w poszukiwaniu tego, co uznaje za interesujące, za odpowiadające na najważniejszą, najgłębszą potrzebę, jaką jest ciągłe poszukiwanie prawdy o istnieniu.
Skanujesz horyzont i gdy napotykasz na coś, co cię zainteresuje, idziesz w tym kierunku.
A więc to nie jest przypadek – nie jesteście po prostu losową grupą ludzi, która trafiła do klasztoru.
To znaczy, że każdy z was tutaj może mieć „talent".
Niewykluczone, że macie tę zdolność, ten talent.
Dlatego tak ważne jest, żeby niczego nie pomijać i nie upraszczać.
Z tego względu organizujemy odosobnienia takie jak to, podczas których dużo mówię o bardziej zaawansowanych praktykach, wśród których znajduje się zrównoważenie – zarówno w wersji aktywnej, jak i w wersji dla wyciszenia.
Organizujemy też zaawansowane odosobnienia poświęcone jhānom.
W styczniu spędziliśmy tak cały miesiąc – zaprosiliśmy ludzi, żeby przez miesiąc próbowali wypraktykować jhāny w idealnych warunkach.
Podczas indywidualnych rozmów ze mną niektórzy uczestnicy mówili, a ja ufam ich osądowi, że czuli, że osiągnęli czwartą jhānę.
Tak więc jhāny istnieją, a dobra informacja jest taka, że można do nich dążyć i jest to coś niezwykłego.
Według nauk Buddhy to nadzwyczajny stan.
Przebudzenie jest stanem nadzwyczajnym i osiąganie jhān także jest zdolnością nadzwyczajną.
Mnisi muszą przestrzegać zasady, że nie wolno im rozmawiać ze świeckimi o osobistych osiągnięciach w kwestii nadzwyczajnych stanów.
Mogą o tym rozmawiać między sobą, z innymi wyświęconymi mnichami, ale nie powinni przyznawać się do osiągnięcia nadzwyczajnych stanów.
Jest jasno określone, co uznaje się za nadzwyczajny stan – obejmuje to oczywiście wszystkie etapy Przebudzenia, ale jhāny również.
Dlatego nie można spodziewać się, że na świecie nagle zrobi się moda na jhāny.
Ciekawe jest obserwować, jak bardzo popularna stała się uważność, mindfulness.
Wszędzie się o niej mówi i jest stosowana w różnych dziedzinach życia.
Ale jhāny… nigdy nie będzie tak, że znaczna liczba ludzi choćby się do nich przybliży.
Taka jest definicja tego, co nadzwyczajne: to nie jest coś normalnego, a większość ludzi jest normalna.
To przypomina krzywą Gaussa, a jhāny są gdzieś w punkcie „IQ sto trzydzieści i więcej”. Chociaż tu nie chodzi o IQ – wręcz przeciwnie, IQ może działać przeciwko tobie.
Nasz rozum, nasza inteligencja to miecz obosieczny.
Gdy potrafimy się nią posługiwać, i jesteśmy za to nagradzani, zaczynamy używać jej przez cały czas, aż staje się przekleństwem – nie da się tego zatrzymać!
Całe życie spędzamy na myśleniu.
Dlaczego? Bo za to nas chwalą, bo to nasz talent, bo przynosi nam korzyści, otrzymujemy za to nagrody.
Jednak zadowolenie z życia dzięki temu nie rośnie.
A jhāna pozwala ominąć ciągłe, intelektualne rozważania umysłu.
To jest tą najwyższą nagrodą.
To wyższy i subtelniejszy stopień przyjemności niż cokolwiek, co można osiągnąć myślącym umysłem.
Jeśli podejmiecie się praktyki jhān, ta cecha zrównoważenia umysłu nie objawi się w pełni, dopóki nie osiągniecie najgłębszych stanów – czyli czwartej jhāny.
Na początku zaczynamy nie od zrównoważenia, ale od radości i energii.
Lepiej nie pomijać tego etapu.
Niektórzy chcieliby przeskoczyć prosto do czwartej jhāny, prosto do zrównoważenia.
Najczęściej wtedy – to nagminne i zdarza się bardzo często – ludzie zasypiają, zapadają w sen.
Podczas odosobnień przytaczam analogię do jazdy na rowerze, przyjemnej przejażdżki rowerowej.
To dobra gimnastyka, a na dodatek jesteśmy na świeżym powietrzu.
Ale nie zawsze jedziemy po płaskim – czasem musimy pedałować.
Wysilamy się, podjeżdżając na sam szczyt wysokiego wzgórza, ale po drugiej stronie można już zdjąć nogi z pedałów.
Możemy przestać pedałować, poczuć wiatr we włosach i bez żadnego wysiłku zjeżdżać siłą rozpędu.
Ale najpierw trzeba na tę górę wjechać.
Jeśli przestaniemy pedałować, zatrzymamy się.
Dotarcie do momentu, gdy można przestać pedałować i sprawić, by rower jechał sam, wymaga sporego nakładu energii i radości.
Na tym polega rozwijanie samādhi – to musi być energiczny, interesujący i radosny proces, w który trzeba włożyć sporo pracy.
Na tym etapie nie ma jeszcze całkowicie czystego spokoju i wyciszenia. Taki stan pojawia się dopiero jako skutek dopracowania pierwszego etapu procesu, czyli sporej dawki energii i pozytywnego, radosnego wysiłku, który trzeba włożyć by dotrzeć do stanu bez-oddechowego nieporuszenia.
Gdy mówię bezoddechowego, to mam na myśli dosłownie brak oddechu.
Dobrą, obiektywną miarą samādhi jest częstotliwość oddechów na minutę.
Przypuszczam, że mózg zużywa sporo tlenu na swoje różne czynności.
Zauważcie, że u osoby poruszonej lub zdenerwowanej oddech przyśpiesza.
Zdaje się, że to nasze biologiczne dziedzictwo reakcji walcz lub uciekaj. Tu oddech musi być szybszy.
Także podekscytowanie i agresja zwiększają częstotliwość oddechów.
Osoby, które z natury są bardziej pobudzone lub niespokojne oddychają szybciej nawet w codziennym życiu – słychać ich oddech z drugiego końca pokoju – czasem ktoś taki pracuje biurko obok i słychać… [dyszy]. To trochę niepokojące.
Z kolei u kogoś spokojnego można w ogóle nie zauważyć oddychania.
Normalna częstość oddechów u człowieka to chyba około dwanaście na minutę.
Jeśli w szpitalu pielęgniarka chce sprawdzić… Czy są tu jakieś pielęgniarki?
Pielęgniarka, badając pacjenta, patrzy na zegarek i obserwuje unoszenie i opadanie klatki piersiowej. Jeśli częstość jest od dwunastu do piętnastu ruchów, to oznacza, że z pacjentem jest wszystko okej.
Jednak częstość oddechów na minutę zmienia się… Ponieważ używamy umysłu w inny sposób, bierzemy mniej oddechów, ich liczba spada i oddech spowalnia.
Myślę, że wynika to stąd, że angażujemy część mózgu, która nie potrzebuje aż tak dużo tlenu.
Mózg zużywa chyba dwadzieścia pięć czy trzydzieści procent tlenu dostarczanego do organizmu.
W pierwszej jhānie, prawdopodobnie… choć nie ma szeroko zakrojonych badań, powiedziałbym, że jeśli wykonujesz więcej niż trzy oddechy na minutę, to raczej nie jesteś jeszcze w pierwszej jhānie.
Dopiero gdy częstość spadnie do dwóch i pół oddechu na minutę, przypuszczalnie w niej jesteś.
Musi to być stabilne, bez poczucia braku powietrza.
Wiem, że są ludzie, którzy ćwiczą wstrzymywanie oddechu na długi czas – jest spora grupa osób trenujących bezdech – o co w tym chodzi?
Zajmijcie się czymś pożytecznym.
Przynajmniej przyjedźcie na odosobnienie, a ja pokażę wam, co to przyjemność.
Nie musicie wstrzymywać oddechu, ale możecie go spowolnić
Dwa i pół do trzech oddechów na minutę to taki fizjologiczny punkt odniesienia – coś, co można zmierzyć. Można więc liczyć oddechy będąc w stanie medytacyjnym i obserwować ich częstość.
To nie będzie przeszkadzało w samādhi.
Jeśli chodzi o liczenie, powodem, dla którego w ogóle przyszło mi do głowy, żeby liczyć oddechy, jest fakt, że jest to opisywane w komentarzach.
W samych suttach nie ma o tym mowy, niemniej może to być sposób na wspomaganie uwagi.
Zaleca się więc [w komentarzach], by liczyć oddechy – na przykład wydechy, do pięciu lub dziesięciu.
Jeśli umysł się rozproszy, stracisz rachubę.
Dzięki temu łatwiej kontrolować ewentualne wędrówki umysłu.
To doprowadziło do pytania, ile oddechów przypada na minutę i jak to wygląda w praktyce.
Naukowcy z Harvard Medical School pojechali więc do Tybetu sprawdzić, czy prawdą jest, jakoby u medytujących mnichów zachodziły zmiany fizjologiczne.
Otrzymali pozwolenie od Dalajlamy, aby zbadać medytujących pustelników i mnichów i zrobić im pomiary z pomocą aparatury.
To był doktor Herbert Benson z Harvardu.
Dalajlama uznał, że wobec sceptycyzmu ze strony naukowców warto przeprowadzić obiektywne pomiary.
Mnisi z początku byli przeciwni, bo nie powinni demonstrować żadnych nadzwyczajnych zdolności.
Jest to naruszeniem zasad Vinayi.
Ale dla Dalajlamy ważne było, żeby świat przekonał się, że nie są to tylko jakieś bezpodstawne twierdzenia.
Naukowcy zmierzyli więc u mnichów częstość oddechów, temperaturę i inne parametry.
I rzeczywiście okazało się, że w stanie bardzo głębokiego skupienia liczba oddechów spada do około dwóch i pół na minutę, i nadal może się zmniejszać.
A według komentarzy, w czwartej jhānie następuje ustanie oddychania.
Dosłownie tak jest napisane – że przestajesz oddychać.
To może być niepokojące.
Możesz pomyśleć: „Czy umarłem?”.
To dosłowny cytat z komentarzy: „Czy ja umarłem? To niemożliwe, bo nadal żyję”.
To uspokaja… bo kiedy oddech zwalnia, możemy się zaniepokoić.
Nie odczytuję tego tak, że oddech w czwartej jhānie całkiem ustaje. Raczej powinno się to rozumieć tak, że oddech staje się tak powolny i subtelny, że wydaje się, że zanikł.
Przestajesz odczuwać oddech.
Ale… skąd właściwie to wiadomo?
Stąd, że jhānę osiąga się poprzez medytację z oddechem.
A głównym zaleceniem w medytacji z oddechem jest, żeby wiedzieć, czy właśnie robisz wdech czy wydech i czy jest on długi czy krótki.
W kolejnym etapie przechodzimy do wzbudzania w umyśle radości, zwiększania poziomu zadowolenia i energii wraz z wdechami i wydechami
Na dalszych etapach, opisanych w sutcie o medytacji z oddechem, stopniowo przechodzimy do poziomów charakteryzujących się coraz większym spokojem.
Przez cały czas jesteśmy świadomi oddechu.
Jednak, im bardziej nieruchomy staje się umysł, im bardziej zrównoważony, im wolniejsze staje się oddychanie – tym trudniejsze jest to do zauważenia.
Według mnie, na pewnym etapie nie doświadczasz już oddechu, tylko jest to jakby jego powidok, wrażenie oddychania.
Mogę to tylko porównać do zsiadania z konia.
Byliście kiedyś na przejażdżce konnej, która trwała pół godziny, godzinę?
Osoby nieprzyzwyczajone po zejściu z konia prawie nie mogą chodzić. Chód staje się niepewny.
To samo dzieje się po zejściu na ląd z łódki, którą mocno kołysało – nogi nie są przyzwyczajone do lądu, są przyzwyczajone do bujania na morzu.
Ale to są tylko odczucia i wrażenia, wytwory umysłu.
W umyśle zachowuje się obraz tamtego doświadczenia.
To jest mniej więcej to, co nazywamy nimittą.
Ale wracając… Wyobraźcie sobie tylko tę ciszę!
Jak nieporuszony staje się umysł, gdy nie trzeba oddychać.
Wszyscy kiedyś robiliście coś, przez co zaczęliście dyszeć, szybciej oddychać – czy to po jakiejś aktywności fizycznej czy kłótni. Wszyscy to znacie.
A teraz wyobraźcie sobie odwrotną sytuacje – ciszę i subtelność emocji, które pojawią się, gdy oddech staje się niewyczuwalny.
Na tym polega równowaga umysłu w wersji jhānicznej.
Buddha pięknie to opisał.
Do opisania czwartej jhāny przywołał porównanie do człowieka, którego całe ciało okryte jest czystym, białym płótnem.
Wszystkie części ciała są nim okryte.
Jest tylko czysta biel.
Kształt ciała, jego szczegóły, są niewidoczne.
Nie ma też doznań płynących z ciała.
Odczuwasz brak cielesności, jakby ciała nie było.
Natomiast stan emocjonalny pozostaje niezwykle spokojny i czysty.
Nie należy tego mylić z nicością. To jest najsubtelniejsza, najdoskonalsza forma przyjemności, jaką możesz zaznać.
Jesteś wolny od wszelkiego cierpienia i troski, całej przyszłości i przeszłości.
I nie musisz nazywać tego, co się dzieje. Nie myślisz: „Jestem tu i teraz” – po prostu jesteś.
Wszystkie procesy myślowe ustały.
Pozostała piękna, czysta, biała i bezcielesna przestrzeń.
To bardzo wzniosły stan.
Jego cechą charakterystyczną jest zrównoważenie, upekkhā.
Nie można w nim pozostać na zawsze, ale można do niego dążyć… Jest to źródło nadnaturalnych, nadzwyczajnych zdolności umysłu do doświadczania i intuicyjnego pojmowania rzeczy, których nie da się pojąć w normalnym stanie umysłu.
Znane są przypadki niezwykłych przeżyć ludzi, którzy są pod wpływem środków znieczulających, narkotyków lub w innych skrajnych sytuacjach - wtedy ich umysł działa inaczej.
Także gdy zdarza się wypadek – na przykład ludzie, którzy przeżyli upadki z wysokości opisują, jak w ułamku sekundy całe życie przeleciało im przed oczami. W rzeczywistości minęło ćwierć albo pół sekundy, a oni w tym czasie zdążyli przeżyć całe życie.
Tak więc, w pewnych stanach świadomości umysł może odkryć przed nami rzeczy, których nie da się dostrzec w normalnym stanie umysłu.
To jest jedna z funkcji czwartej jhāny.
Przypomnijcie sobie opowieść o nocy, podczas której Buddha doświadczył Przebudzenia. On wtedy nie praktykował Vipassany.
Bo nie została jeszcze wynaleziona.
Więc jak Buddha mógłby robić Vipassanę?
Praktykował samathę i samādhi, osiągnął czwartą jhānę, a po wyjściu z niej uzyskał wgląd w prawo przyczyny i skutku, coś do czego wcześniej nie miał dostępu.
I właśnie ta struktura przyczyny i skutku, rozumienia przyczyn powstawania zjawisk, umożliwiła Mu rozwinięcie vipassany, wglądu, przejrzystego pojmowania i oka mądrości. Buddha umysłem dostrzegł, jak funkcjonuje rzeczywistość, jak jesteśmy w niej uwiązani, jaka jest przyczyna cierpienia i jak je zakończyć.
Na fundamencie tego wyciszenia wgląd mógł naturalnie się wyłonić.
Warto więc pamiętać, że to jest klasyczna metoda – nie zaczyna się od Vipassany, która to metoda nie została jeszcze wynaleziona.
Punktem wyjścia musi być samatha i samādhi.
Z samādhi, naturalnie, wyłania się mądrość.
Ale nie jest to metoda praktykowana na Zachodzie.
Nie znamy innego sposobu dojścia do rozwiązań poza liniowym, racjonalnym myśleniem.
Gdy przyjrzymy się historii nauki, widzimy, że wiele z największych przełomów nie powstało w ten sposób – nie dokonały się one poprzez liniowe procesy
Zdaje się, że mówił o tym Einstein.
Twierdził, że wielu odkryć dokonał dzięki intuicji i muzyce.
Einstein grał na skrzypcach.
Dużo myślał, ale najlepiej pracowało mu się w samotności, w ciszy – i wtedy pomysły same przychodziły mu do głowy
Na tym polega intuicja – nie ma tu żadnego uchwytnego, dyskursywnego, liniowego procesu, który doprowadziłby do tego nagłego zrozumienia
Takie nagłe olśnienie to efekt przebywania w ciszy, zbalansowanej graniem muzyki, więc pochodzi zapewne z innej części mózgu.
Podobne rzeczy mówił Newton.
Przez całe życie żył sam, jak pustelnik. Co ciekawe, Newton używał słowa „medytacja”, a ciszę i medytację uznawał za źródło swojej produktywności.
Oczywiście większość jego zainteresowań była związana z religią.
Jeśli spojrzeć na jego dorobek, tylko niewielka jego część dotyczy fizyki. Reszta to dość ekscentryczne teorie biblijne.
Tak więc wyciszenie to nie tylko źródło spokoju – może także pomagać w rozwiązywaniu i rozstrzyganiu różnych praktycznych problemów, z którymi trudno sobie poradzić jedynie za pomocą myślenia liniowego.
Musimy nauczyć się temu ufać. W ciszy rodzi się zadziwiająca kreatywność i pojawiają nowe pomysły.
Więc kiedy praktykujecie na ścieżce do zrównoważenia, nie powinniście myśleć, że jest to nieistotne lub oderwane od świata, w którym żyjecie. Wręcz przeciwnie – może ono stanowić niewyczerpane źródło nowych pomysłów, wizji i kreatywności.
Dzięki temu możliwe jest także przełamanie tkwiących w nas uprzedzeń i zmiana spojrzenia na świat – to zmiękcza serce i otwiera nowe ścieżki i konteksty dla myślenia o rzeczywistości.
Zrównoważenie ma więc także szereg praktycznych zastosowań.
Tu zakończę dzisiejsze omówienie zrównoważenia jako aspektu samādhi.
Jutro będziemy mówić o siedmiu czynnikach Przebudzenia, siedmiu czynnikach oświecenia, z których siódmy to – niespodzianka! – Zrównoważenie.
O autorze

Sona Ajahn
zobacz inne publikacje autora
Ajahn Sona został wyświęcony w trakcie pierwszej fali zainteresowania Zachodu theravadą i jest obecnie opatem buddyjskiego klasztoru Birken Forest w Kanadzie. Po ponad trzydziestu latach spędzonych w szatach, jego najbliżsi uczniowie nazywają go "Luang Por" ("Czcigodny Ojciec") - jest to tradycyjny tytuł nadawany starszym mnichom tajskiej tradycji leśnej.
Artykuły o podobnej tematyce:
- Thanissaro Bhikkhu Papañca i ścieżka ku kresowi cierpienia
- Ajaan Sumedho Niedwoistość
- Bhikkhu Bodhi Przebywając pośród mądrych
Sprawdź też TERMINOLOGIĘ
Poleć nas i podziel się tym artykułem z innymi:
Chcąc wykorzystać część lub całość tego dzieła, należy używać licencji GFDL: Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję lub/i modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.2 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation.

Można także użyć następującej licencji Creative Commons: Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0

Oryginał można znaleźć na tej stronie: LINK
Tłumaczenie: Katarzyna Kubiak
Redakcja polska: Edyta Staszewska
Czyta: Aleksander Bromberek

Redakcja portalu tłumaczeń buddyjskich: http://SASANA.PL/
| 
