KLIKNIJ TUTAJ - POSŁUCHAJ NA SOUNDCLOUDZIE
Lubimy robić silne rozróżnienie pomiędzy praktyką skupienia i praktyką wglądu, ale one naprawdę muszą iść ze sobą w parze. Skupienie nie prowadzi automatycznie do wglądu. Wgląd nie rodzi automatycznie skupienia. Ale żeby mogły się pogłębiać, muszą pracować wspólnie. Niektórzy odkrywają, że jedno z nich rozwija się bardziej naturalnie niż drugie. Chodzi jednak o to, aby je zbalansować. A balans nie oznacza ustalonej, statycznej równowagi. Czasem będziesz przechylał się nieco bardziej w lewo, czasami w prawo – jak na starej, szalkowej wadze. Jednak kiedy te dwie jakości pracują wspólnie, dostrzegasz, że pomagają sobie nawzajem.
Przykładowo, potrzeba pewnej dozy wglądu, by utrzymywać skupiony umysł. Warto wiedzieć, jakie rodzaje myśli mogą stawać ci na drodze, jakie masz sposoby, aby się z nimi uporać, oraz które narzędzia możesz zgromadzić – tak, żebyś mógł być przygotowany, kiedy umysł nie uspokaja się zbyt łatwo.
Istnieją liczne strategie zarówno dla odpierania rozproszenia, jak i dla odnajdywania czegoś, co będzie miłe dla umysłu. Rozmawialiśmy już dzisiaj o marchewce i o kiju. Marchewka jest przyjemnym, komfortowym odczuciem, które możesz rozwinąć za pomocą oddechu. Jeśli pracujesz z nim i je badasz, odkrywasz, że oddech może być naprawdę ogromnie przyjemny. Czasami jest tak dobrze, że stajesz się wchłonięty w to oddychanie i nie możesz wyobrazić sobie, dlaczego miałbyś potrzebować czegokolwiek więcej, aby poczuć się szczęśliwym – po prostu czujesz się tak dobrze. To jest marchewka.
Problem polega na tym, że umysł nie zawsze chce się grzecznie uspokoić i współpracować. Dlatego właśnie potrzebujesz kija. Innymi słowy, należy pamiętać, że w umyśle tkwią problemy oraz niebezpieczeństwa, i że musisz mieć pod ręką swoje narzędzia, aby się przed nimi obronić.
Istnieje lista pięciu sposobów radzenia sobie z rozpraszającymi myślami, lecz jest to zwięzła lista kontrolna przysłaniająca pełnię różnorodności podejść. Pierwsza metoda to zastąpienie rozpraszającej myśli lepszą myślą. Daj umysłowi do zbadania coś lepszego od tej myśli – na przykład oddech. Po prostu sprowadź umysł z powrotem do oddechu i spróbuj uczynić go tak komfortowym jak to tylko możliwe.
Drugim sposobem jest przemówić sobie do rozsądku. Innymi słowy, jeśli jakaś myśl naprawdę mocno się do ciebie przyklei i umysł cały czas do niej powraca, musisz wyliczać sobie wady wynikające z tego konkretnego rodzaju myślenia aż do momentu, kiedy umysł będzie gotowy to puścić. Rozważaj te wady w sercu dotąd, aż będziesz mógł powiedzieć: „naprawdę nie chcę tam iść”. Wtedy umysł porzuca myśl i wraca do oddechu.
Trzecie podejście to świadome ignorowanie danej myśli. Innymi słowy, wiesz, że myśl tam jest, ale po prostu nie zamierzasz zwracać na nią uwagi. Traktujesz ją jak pewien rodzaj szumu w tle. Oddech ma dla ciebie naczelne znaczenie i dbasz o to, aby nie angażować się w tę drugą, rozpraszającą myśl. Nie poświęcasz jej uwagi, bo w ten sposób byś ją karmił. Po prostu skup się całkowicie na oddechu.
Czwarty sposób radzenia sobie z rozproszeniami bazuje na tym, że kiedy rzeczywiście stajesz się wrażliwy na sposób, w jaki energia oddechu przepływa do różnych części ciała, wtedy możesz dostrzegać, że konkretna myśl jest powiązana z wzorcem napięcia w określonym miejscu. Może ono być wokół oczu albo w ramionach; w dowolnej części ciała. Kiedy potrafisz zlokalizować napięcie towarzyszące myśli – rozluźniasz je, a myśl również odchodzi.
Piątą metodą, by poradzić sobie z myślami, kiedy żadna z czterech poprzednich nie daje rezultatów, jest świadome naciskanie językiem na podniebienie tak, jakbyś miał wycisnąć z siebie tę myśl, mówiąc sobie, że nie zamierzasz tego rozważać, ale zwyczajnie chcesz to wymusić. Gdyby porównać całą listę do skrzynki z narzędziami, ta metoda byłaby wielkim, masywnym młotem kowalskim. Działa, dopóki starcza ci siły woli, a czasami to jest wszystko, czego potrzebujesz – po prostu trochę miejsca na oddech, trochę spokojnej przestrzeni w umyśle; może nawet niekoniecznie spokojnej, ale siłowo unieruchomionej i nierozproszonej. Kiedy ją znajdziesz, możesz się rozluźnić, odpuścić trochę i powrócić do oddechu. Być może przez ten czas odblokuje się jedna z pozostałych metod i zacznie cię wspierać.
Musisz więc być wyczulony na fakt, że nawet kiedy umysł zaczyna się uspokajać, coś jeszcze może nadejść. Więc kiedy pewna część ciebie się uspokaja, jakaś inna część musi czuwać. Gdy stwierdzisz, że spokojna część umysłu jest już naprawdę solidnie uspokojona, wtedy ta czujna, ostrożna część może się odrobinę odprężyć, a ty – skupiać coraz więcej swojej uwagi na samym oddechu. Pozwól umysłowi wejść w oddech tak całkowicie, jak to tylko możliwe. Jeśli pozostajesz czujny i uważny, to nie ma czegoś takiego jak zbyt wiele skupienia, albo za dużo bezruchu. Ale gdy wyciszenie pozbawia umysł jego czujności – wtedy musisz się wycofać. Dopóki jednak pozostajesz świadomy, w którym miejscu praktyki jesteś i na czym się skupiasz, pozwól umysłowi po prostu zanurzyć się w oddechu, zanurzyć w chwili obecnej, odpuścić wszystko, co mogłoby wytrącić cię z tego stanu – zarówno chwilę, która dopiero minęła jak i tę, która dopiero nadchodzi. W pełni oddaj się oddechowi właśnie tu i teraz. Pozwól umysłowi odpoczywać w ten sposób, by zyskał siłę, a gdy wynurzy się z tego stanu, będzie gotowy do pracy.
Praca tutaj polega na wglądzie. Czasami wynurzenie się jest całkowite – wracasz do swojej zwyczajnej świadomości – lecz czasami tak nie jest. Wykonujesz niewielki krok wstecz: nie za daleko, żeby nie zniszczyć skupienia, ale wystarczająco daleko, żeby widzieć, co się dzieje. A następnie tylko obserwujesz; stawiasz umysł przed pytaniem.
Najlepsze pytania mają coś wspólnego z Czterema Szlachetnymi Prawdami, na przykład: „Gdzie znajduje się teraz jakikolwiek stres lub cierpienie?”, choć istnieją też inne, równie przydatne. Powiedzmy, że dostrzegasz chciwość, gniew lub ułudę, czające się gdzieś w umyśle. Buddha mówił, że jeśli naprawdę chcesz je zrozumieć, aż do momentu ich przezwyciężenia, musisz dostrzegać nie tylko ich wady, ale także ich powab. Dlaczego ten szczególny stan umysłu jest tak atrakcyjny? Dlaczego dajesz się w to wciągnąć?
Wspomnieliśmy wcześniej, że jest moment, w którym rzeczywistość stawania się znienacka pojawia się w umyśle, i masz wybór, czy za tym pójść, czy nie. Iść za tym to trochę jak bawić się w wymyślanie historyjek. Dlaczego jesteś skłonny dalej grać w tworzenie fabuł? Co cię w to wciąga? Znudzenie? Jaki rodzaj gratyfikacji przynoszą ci te scenariusze? Musisz spojrzeć również i na to. Kiedy zobaczysz, że naprawdę nie ma tam wiele, i kiedy położysz to na wadze i zważysz zadowolenie w zestawieniu z wadami, odkryjesz, że wady są zawsze o wiele większe. Lecz jeśli będziesz udawać, że to nie ma żadnego uroku, to po chwili umysł zacznie uświadamiać sobie, że jest okłamywany, a potem się zbuntuje Więc musisz być sprawiedliwy: jest w tym pewien powab, ale są również wady. Co przeważa? Bądź uczciwy wobec siebie.
Dużym minusem jest stres i cierpienie, wywołane przez te myśli. Sposób, w jaki Buddha używa słowa dukkha, obejmuje zarówno cierpienie jak i napięcie, dlatego że stres jest obecny nawet w stanach skupienia, i to właśnie na tym stresie musisz się skoncentrować, aby wyjść poza samo skupienie.
Najpierw jednak chcesz się zająć mniej subtelnymi formami cierpienia. To w ten sposób rozwija się wgląd: zaczynasz pracę od tego, co jest naprawdę oczywiste. To niesamowite, jak bardzo nie chcemy skupiać się na niczym, co jest tak oczywiste – ludzie chcą od razu wskakiwać na poziomy bardziej zaawansowane.
Czytałem niedawno o konferencji, która miała odbyć się za miesiąc w Nowym Jorku – zaplanowano tam panel dyskusyjny na temat wyrzeczenia. Czy planowana jest dyskusja o wyrzeczeniu się przyjemności zmysłowych? Nie, będą mówić o wyrzekaniu się ego. Pominą to, co oczywiste, i przejdą do tego, co subtelne. Wiadomo, co się wtedy dzieje: podstawowe sprawy nigdy nie zostają załatwione, a więc subtelne kwestie również pozostają bez zmian. Musisz więc skupić się najpierw na sprawach oczywistych: chciwości, pożądaniu, gniewie, strachu. Popracuj nad nimi. Nawet jeśli nie będziesz w stanie ich wykorzenić, przynajmniej będziesz mógł zacząć je przycinać do znośnych rozmiarów, kawałek po kawałeczku.
Jeśli nie będziesz w ten sposób ćwiczył swojej wnikliwości, jak ma ona kiedykolwiek wzrosnąć w siłę? Jest jak mięsień. Jeśli twój mięsień jest słaby, jak go wzmacniasz? Zaczynasz wykorzystywać swoje słabe mięśnie. Na początku nie jesteś w stanie podnosić dużych ciężarów, ale nie zrażaj się. Uświadom sobie, że jeśli wciąż podnosisz nieco cięższe i coraz cięższe rzeczy, to budujesz mięśnie. Stają się one znacznie silniejsze. Tak samo jest z twoją wnikliwością: zaczynasz od naprawdę rażących kwestii i ogarniasz je, a następnie przechodzisz do bardziej subtelnych zagadnień, podczas gdy twoja zdolność rozróżniania nabiera większej precyzji i klarowności.
Teraz, gdy pracujesz nad pytaniami, gdzie tu jest stres i jak to się dzieje, że umysł go wytwarza, czasem zauważasz, że w miarę podążania za tymi wątpliwościami, wszystko się rozjaśnia. Zaczynasz je rozumieć. Innym razem umysł nie jest jeszcze gotów na ten rodzaj pytań. Sprawy zaczynają się komplikować. Kiedy tak się dzieje, wycofaj się do praktyki skupienia.
Ajahn Lee porównywał to do chodzenia: pochylasz się trochę na lewo, stawiając lewą stopę i pochylasz się trochę na prawo, stawiając prawą. To poprzez przenoszenie ciężaru z prawej na lewą, z lewej na prawą i z prawej na lewą, możesz iść prosto. I tak samo jest w medytacji: praktykujesz tu z jednym obiektem – oddechem – ale czasami skłaniasz się nieco bardziej ku wchłonięciu w nieporuszenie umysłu wraz z oddechem, a czasami nieco bardziej ku pytaniom o stres.
Idealna praktyka to taka, w której żadna z tych stron nie jest zbyt daleko od drugiej. Innymi słowy, dociekanie utrzymuje się w chwili obecnej i nie opuszcza chwili obecnej. Jednocześnie, twoje skupienie nie zatraca swojej uważności ani czujności i nie odpływa w martwą pustkę. A kiedy obie te jakości wspierają się wzajemnie, jest tak, jak mówił Buddha, że ci, którzy posiedli zarówno wnikliwość jak i jhānę, znajdują się blisko Przebudzenia.
Jest to więc kwestia zyskania własnego intuicyjnego wyczucia, kiedy umysł powinien odpoczywać, a kiedy pytać. Postaraj się też wykształcić intuicję odnośnie tego, które pytania przynoszą rezultaty, a które nie. Jeśli pojawiają się pytania związane ze Szlachetnymi Prawdami to w porządku, jesteś na dobrej drodze: „Gdzie tutaj jest stres?”. Niekiedy siedzisz bardzo cicho przez długi czas i nie dostrzegasz wcale żadnego napięcia. To znak, że nie jesteś wystarczająco uwrażliwiony. Spróbuj więc uczynić wszystko bardziej cichym. To jak strojenie radioodbiornika. Jeśli są zakłócenia, to nie możesz czysto usłyszeć sygnału, starasz się więc dostroić go coraz dokładniej do długości fali, na której nie ma żadnego zbędnego szumu. Wtedy sygnał jest bardzo wyraźny. W ten sam sposób, im większe jest nieporuszenie w umyśle, tym łatwiej jest odnotować ruch, zauważyć stres i dostrzec zaburzenie, kiedy się pojawi. Masz teraz miarę, wedle której możesz mierzyć inne rzeczy.
Kiedy więc skupiamy się na oddechu, rozwijamy zarówno wyciszenie jak i wgląd – a one wspierają się wzajemnie. Zręczność, która pojawia się w medytacji, to kwestia intuicyjnego wyczucia, o którym dopiero co wspominałem: trafnej oceny, kiedy potrzebujesz więcej odpoczynku, a kiedy przydałoby się więcej pytań. Jeśli pytania prowadzą w ślepy zaułek, czas wycofać się i odpocząć. Kiedy umysł nasyci się nieporuszeniem, możesz powrócić do zadawania pytań. Zręczność leży w nabieraniu wyczucia.
Tego rodzaju wyczucie nie może być odmierzane w taki sposób, że jedna osoba powie drugiej: „teraz jest moment, by zatrzymać się w miejscu” lub „teraz jest moment, aby iść gdzie indziej”. Musisz użyć własnej mocy obserwacji, aby nauczyć się chodzić właściwie, tak abyś nie przewracał się na lewo ani na prawo, nie kręcił w kółko ani nie spacerował wstecz. To jak osiąganie poczucia równowagi – nikt inny nie może wypraktykować twojego balansu dla ciebie. To ty musisz nauczyć się, jak zarządzać swoim własnym umysłem.
O autorze

Thanissaro Bhikkhu
zobacz inne publikacje autora
Thanissaro Bhikkhu (Geoffrey DeGraff) (1949 - ) jest amerykańskim buddyjskim mnichem tajskiej leśnej tradycji Kammatthana. Po ukończeniu historii europejskiej w Oberlin College w 1971 roku wyjechał do Tajlandii gdzie uczył się medytacji u Ajaana Fuang Jotiko, ucznia Ajaana Lee.
Artykuły o podobnej tematyce:
- Thanissaro Bhikkhu Jedno narzędzie spośród wielu
- Ajahn Viradhammo Życie z uczuciem
- Bhikkhu Bodhi Przebywając pośród mądrych
Sprawdź też TERMINOLOGIĘ
Poleć nas i podziel się tym artykułem z innymi:
Chcąc wykorzystać część lub całość tego dzieła, należy używać licencji GFDL: Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję lub/i modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.2 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation.

Można także użyć następującej licencji Creative Commons: Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0

Oryginał można znaleźć na tej stronie: LINK
Źródło: rozdział książki "Gather ’Round the Breath"
Copyright © dhammatalks.org
Tłumaczenie: Piotr Iwanicki
Redakcja polska: Magdalena Bajtlik, Michał Kolera
Czyta: Aleksander Bromberek

Redakcja portalu tłumaczeń buddyjskich: http://SASANA.PL/
| 
