KLIKNIJ TUTAJ - POSŁUCHAJ NA SOUNDCLOUDZIE
[AJAHN BRAHM]: Witam wszystkich, w tym tych, którzy oglądają na żywo, a także duchy zmarłych, które oglądają na martwo oraz tych, co pomiędzy, czyli tu. Witajcie. Będziemy rozmawiać o… Jaki dziś jest temat? „Jak żyć w harmonii ze światem” – Ajahn właśnie się dowiedział.
[VEN. CANDA]: „Jak żyć w harmonii ze światem”.
[AB]: Życie w harmonii… Co powstaje, gdy zapanuje harmonia? Spokój. Między tobą i światem panuje pokój. Są na świecie rzeczy, których nie możemy zmienić, oraz takie, które zmieniają się czy tego chcemy czy nie. Jeden z cudownych aspektów medytacji – z tego, co zauważyłem przez te lata – to to, że jeśli w danej chwili jesteś w pokoju i harmonii, wszystko inne samo się uspokaja. Wspaniale jest wiedzieć, że można żyć w pokoju ze światem. Jeśli jednak pokój stanie się naszym celem… są tacy, którzy w imię pokoju wywołują wojny. Wmawiają sobie, że ich wojna zakończy wszystkie inne. Zamiast walczyć o pokój, lepiej jest odpuścić, uspokoić się, a pokój sam przyjdzie. Mam mnóstwo historii o tym, w jaki sposób powstaje pokój. Nie wszyscy byli na pięciodniowym odosobnieniu w Youlbury Scout Centre. Jedna z historii… najważniejszych moich historii o tym, jak osiągnąć spokój, to historia o ośle i marchewce. Kto zna historię o ośle i marchewce? O rany, większość.
[VC]: Napisałeś za dużo książek.
[AB]: Tak. No nic, wysłuchacie ponownie. Czasem dobrze jest usłyszeć tę samą historię wiele razy, bo za każdym razem można dostrzec w niej coś nowego. Nawet moi mnisi mi to powtarzają. W klasztorze, w którym nauczam, jest wielu mnichów… Trzydziestu jeden podczas ostatniego odosobnienia pory deszczowej… albo trzydziestu-plus. Ty też tam byłaś, ciebie też liczę jako mnicha.
[VC]: Tak, ale ja jestem bhikkhunī.
[AB]: Tak, jesteś bhikkhunī , ale wliczam cię. Trzydziestu jeden mnichów. Niektórzy mi wypominają, że nie dość często powtarzam te same historie, że za rzadko im je przypominam. To ważne dla praktyki medytacji. Pewnego razu był sobie osioł. Usiądźcie wygodnie, a opowiem wam historię. Czy siedzicie wygodnie? Dobrze. Był sobie osioł… Właściwie to mam wiele opowieści o osłach. Ok. Czy ktoś z was zajmuje się polityką?
[VC]: Nie odważą się przyznać.
[AB]: Nie odważą się przyznać, oj tam zaraz. W każdym razie, raz opowiedziałem to prezydentowi. Mogę wam powiedzieć, któremu: był to Rajapaksa, ten pierwszy. Szanowałem go, mimo wszystko – wtedy nie wiedziałem, co zrobił. Kiedyś zaproszono mnie do niego na śniadanie. Gdy tylko wszedł, powiedział: „Jestem nieudacznikiem”. Gdy tymi słowami rozpoczyna rozmowę ktoś, kto jest prezydentem kraju – „Wow, nazwał się nieudacznikiem”. Powiedział mi, że zajął się polityką – i ostatecznie został prezydentem Sri Lanki, który ma tam władzę wykonawczą, aby pokojowo rozwiązać konflikt z Tamilskimi Tygrysami. Ale niestety mu się nie udało, nie dał rady. To stąd te słowa o nieudaczniku. Po tych słowach bardzo mu współczułem. Dlatego opowiedziałem mu historię o osiołku, który wpadł do studni w lesie. Kłapouch wpadł do studni i, choć studnia była sucha, nie mógł się z niej wydostać. Co robi osioł, gdy znajdzie się na dnie studni? Zaczyna wołać o pomoc: I-OO, I-OO, I-OO! OK… Dobrze? I-O? OK. Gardło już mu prawie wyschło aż w końcu pewien rolnik usłyszał ryk I-O. Poszedł sprawdzić, skąd dobiega dźwięk i zobaczył osła na dnie studni. Ten rolnik nie był dobrym człowiekiem. Stwierdził, że to bardzo niebezpieczna studnia, ale też bardzo niegrzeczny osioł. Wiecznie pakuje się w kłopoty. „Pozbędę się dwóch problemów”… Po angielsku mówimy „zabić dwa wróble jednym kamieniem”, ale nie lubię używać tej metafory, gdy mówię o buddyzmie. Wolę mówić: „Pokroić dwie marchewki jednym nożem”. Może być? Więc rolnik powiedział: „Pokroję dwie marchewki jednym nożem”. Z ekwipunku, który miał ze sobą, wyjął łopatę i zaczął kopać ziemię i wrzucać ją do studni. Osioł był zupełnie zdezorientowany. „Ten rolnik zamiast mi pomagać, rzuca na mnie ziemię!” Zaczął ryczeć jeszcze głośniej: I-OO, I-OO, I-OO! Ale po chwili osioł przestał ryczeć. Zupełnie zamilkł. A rolnik pomyślał: „Wow, nie wiedziałem, że tak mało ziemi wystarczy, by zakopać osła”. Ale kontynuował wrzucanie ziemi do studni. Nasz kłapouch okazał się być bardzo sprytnym osłem. Kto słuchał moich nauk na YouTube? Osioł chyba też, i dzięki temu zmądrzał na tyle, że wiedział dokładnie, co ma robić. Osioł otrząsnął się, ziemia z niego opadła… a on ją ubił i po chwili znalazł się o centymetr wyżej. Kolejna łopata ziemi – otrząsnął się, ubił i kolejny centymetr wyżej. Strząsnął, ubił, centymetr wyżej. Powoli, bez porykiwania i I-O, osioł wznosił się coraz wyżej i wyżej, aż w końcu znalazł się na tyle wysoko, że wystarczyło podskoczyć i był poza studnią. A żeby nauczyć rolnika prawa kammy… bo nasz kłapouch był osłem buddyjskim, aby nauczyć go prawa kammy, zaszedł rolnika od tyłu (ten nadal kopał) i ugryzł go w tył… W cztery litery, co było nauczką o rzyci. Życie – rzyć. Podobna wymowa, inne znaczenie. I tak osioł się uratował. To właśnie opowiedziałem prezydentowi Sri Lanki. Gdy ludzie obrzucają cię błotem, choć na to nie zasługujesz, otrząśnij się, uklep i wybij się ponad to, nie prosząc nikogo o pomoc. Ok. A prawdziwa historia o ośle, prawdziwa historia jest taka, że był raz osioł … osły to najbardziej uparte zwierzęta na świecie. Naprawdę. Tak. Czasami, gdy ktoś wychodzi za mąż, mówi o swoim mężu, że jest uparty jak osioł. Tak się mówi, prawda?
[VC]: Tak.
[AB]: Oczywiście, że to całkowita nieprawda. W każdym razie pewien człowiek miał osła i chciał, żeby osioł pociągnął wóz. Osioł nie chciał, więc właściciel wziął kij i próbował zmusić go biciem. Bardzo niebuddyjskie. Bił go i smagał, ale osioł nie chciał ruszyć. Bo nie tak zmusza się osła, by szedł. W końcu właściciel poszedł po rozum do głowy i przywiązał osłu kij do szyi, tak, że przednia część znajdowała się dwie stopy przed głową zwierzęcia. Na końcu kija przywiązał sznurek. Na końcu sznurka przywiązał marchewkę. Opowiadałem tę historię w wielu różnych miejscach. Czasem w Malezji czy Singapurze mówię, że przywiązał duriana. Jakie owoce lubicie? Żadne? Nie nadajecie się na osła. Wracając… Przywiązał marchewkę na końcu sznurka. Osioł zobaczył marchewkę dwie stopy przed pyskiem. Jak myślicie, co zrobił? Zaczął biec, myśląc, że ją złapie. Ale choć biegł, ile sił w nogach, marchewka wciąż była dwie stopy przed jego pyskiem. Pędził jak szalony. Ale marchewka nadal była dwie stopy przed nim. Kiedy osioł zaczynał biec, razem z nim biegł kij, a z nim sznurek i marchewka. To bardzo dobre porównanie do waszego życia. Jeśli macie aspiracje, cele, coś, co chcecie osiągnąć… Nie chcielibyście przejść na emeryturę i wieść spokojnego, szczęśliwego życia? Ja tak zrobiłem. Wiecie, ile mam lat? W sierpniu skończyłem siedemdziesiąt cztery. Jestem starym mnichem. Ile mam w funduszu emerytalnym? Nic. Nie mam funduszu emerytalnego, IKE, inwestycji ani niczego podobnego. Więc muszę dalej pracować. Jeśli ktoś z was będzie chciał mi sfinansować emeryturę, ostrzegam, że wtedy przestanę przyjeżdżać do Anglii. Czy to dobry pomysł?
[VC]: Zawsze przyjedziesz.
[AB]: To prawda. Nie przetrwam, jeśli nie będę pracował. W każdym razie, ten osioł cały czas widział marchewkę dwie stopy przed pyskiem. Aż w końcu kłapouch wpadł na buddyjską metodę łapania marchewek. Najpierw rozpędził się, ile sił w nogach, a potem zrobił coś, na co odważa się bardzo niewielu: osioł zatrzymał się. Przestał biec i stanął nieruchomo. Marchewka odleciała jeszcze dalej od pyska osła. Poleciała jeszcze dalej niż wcześniej. Podobnie, gdy dobrze praktykujemy, z początku możemy odnieść wrażenie, że medytacja idzie nam coraz gorzej. Na początku trzeba pozostać w bezruchu. Marchewka odlatuje osłu na cztery stopy od pyska, może nawet dalej, ale nagle wydarza się coś dziwnego. Nagle osioł widzi, jak marchewka, która odleciała od niego na cztery stopy, zmienia kierunek i zaczyna lecieć do niego. Marchewka dociera do swojej wyjściowej pozycji, czyli dwie stopy przed pyskiem i zaczyna bardzo szybko się do niego zbliżać. Nadlatuje, jest coraz bliżej i bliżej oślego pyska. Teraz dam wam ostatnią instrukcję dotyczącą medytacji, o której nie wolno zapominać: Życzliwość. Nasz osioł na chwilę zamyśla się i w swoim oślim języku mówi do marchewki, która już wlatuje mu do pyska: „Marchewko, drzwi mojego pyska są dla ciebie otwarte. Zapraszam”. Inaczej marchewka odbije się od pyska i odleci. Widzieliście kiedyś, jak wielkie są zęby osła? Łatwo by się od nich odbiła. Tak więc życzliwość jest bardzo ważna. W ten sposób osioł łapie marchewkę, a człowiek rozwija głęboką medytację. Całe życie gonimy za różnymi rzeczami. Czy zauważyliście, że często prawie osiągamy cel, ale nie do końca? W medytacji można gonić za spokojem, szczęściem, ciszą, radością, błogością i tym podobnymi. Aż pewnego dnia postanawiasz się zatrzymać, stanąć w miejscu i nagle zauważasz, że spokój, radość, szczęście zaczynają same do ciebie przychodzić. Bądź życzliwy i wpuść je, nie bój się spokoju i błogości medytacji. Podczas tego odosobnienia będzie wiele okazji, by wygodnie usiąść… Jak to się nazywa?
Jakim słowem określamy w buddyzmie trening, ciężką pracę i wysiłek na drodze do Przebudzenia? Jak to się mówi? „Odpuszczam”. Odpuszczanie – tak to się robi. Odpuszczając. Nic nie robiąc. To dla wielu ludzi bardzo trudna rzecz. Nic nie robić. Pamiętajcie o tym. Wyciszajcie się. Odpuszczajcie. Oderwijcie się. Odłóżcie ciężar. Rozluźnijcie się. I zobaczcie, co się stanie.
Z początku wydaje się, że wszystko, czego oczekujemy od medytacji, coraz bardziej się oddala i znika. Ale w końcu dochodzimy do miejsca, gdzie zaczyna to do nas wracać. To magia. Nie robisz nic, a wszystkie twoje cele się spełniają. Opowiedziałem już tę historię podczas odosobnienia w Scouts, kilka dni temu, ale jest ona naprawdę szokująca. W moim szóstym roku w szatach znalazłem idealny klasztor dla mnicha urodzonego w Anglii, pośrodku plantacji herbaty, w północnej Tajlandii. Gdzie nie spojrzysz – herbata. Miałem tyle herbaty, ile potrzebowałem. Chciałem powiedzieć „ile zapragnąłem”, ale pragnienie czasem nie zna granic – zwłaszcza gdy jest się młodym mnichem. Miałem więc tyle herbaty, ile potrzebowałem i piłem jej dużo. Był to idealny klasztor. Byłem tam jedynym mnichem, w okolicy było wiele jaskiń. Jaskinie są jak klimatyzowane, ciche pokoje, uwielbiam jaskinie! Miałem spokój, ciszę. Byłem tam sam, nie było nikogo, kto by mi doradzał. Po kilku miesiącach w tym klasztorze zaczęła męczyć mnie nadmierna pobudliwość. Znacie to uczucie? Człowiek próbuje coś robić, obserwować oddech i siedzieć w spokoju, ale umysł cały czas produkuje myśli. Tylko tym razem – i dlatego opowiadam tę historię – nie były to zwykłe myśli. Były to bardzo krępujące myśli. Od sześciu lat byłem mnichem, a miałem dopiero dwadzieścia dziewięć lat – byłem nadal młodym mężczyzną. Zacząłem myśleć o tym, co teraz robi moja była dziewczyna. „Nie, zamknij się, Ajahnie Brahmie! Ja lubię być mnichem!” „Wiem, ale ona była ładna”. „Przestań!” Zaczęły wracać wspomnienia z wcześniejszego życia. „Jestem jeszcze młody, mam dobre wykształcenie. Mogę znaleźć pracę, żyć normalnie po świecku. Ciekawe, co u niej”. „Nie, przestań!” Wiecie, jak działają fantazje. Fantazje się pojawiały, a im bardziej próbowałem je powstrzymać, z tym większą mocą nacierały. Myślałem, że oszaleję. Taki natłok myśli z rodzaju, które powinni mieć mnisi…
[VC]: Nie powinni mieć
[AB]: Nie powinni mieć, faktycznie. Żadnych tego rodzaju myśli. W każdym razie stawało się to dla mnie coraz bardziej żenujące i nie mogłem tego powstrzymać żadnymi znanymi mi zręcznymi metodami. Postanowiłem więc zwrócić się do jedynej osoby, z którą mogłem w tym momencie rozmawiać – tak już było ze mną źle – a mianowicie do posągu Buddhy w świątyni. Pokłoniłem się trzy razy, powiedziałem: „Pomocy!” i czekałem, co się wydarzy. W końcu przyszło do mnie bardzo pomocne rozwiązanie: zawrę umowę. Umowa polegała na tym, że przez większość dnia będę pilnował umysłu, obserwował oddech i kontynuował praktykę, ale raz dziennie, między piętnastą i szesnastą, będę miał czas wolny, gdy będę mógł myśleć, o czym chcę. Żaden temat nie był zabroniony. Dla żartu nazwałem to „czas na bara bara”. Tak było. Przyznaję się. Historia dobrze się kończy, więc już się jej nie wstydzę. Punkt trzecia wszedłem więc do swojej kuṭi, usiadłem i powiedziałem umysłowi: „Teraz możesz sobie myśleć o czym chcesz. Nie będę cię powstrzymywał”. Dokładnie tak powiedziałem. Wiecie, co się stało? Przez następną godzinę byłem świadomy każdego jednego oddechu, nie pominąłem ani jednego. Każdy jeden oddech. Bez żadnego problemu. Nie tego się spodziewałem, ale to była ważna lekcja. Gdy próbujesz kontrolować umysł, tracisz dużo energii. Dlatego potem jesteś zmęczony. Jeśli zaś puścisz umysł wolno i będziesz tylko obserwować, niczego nie chcąc, nie będzie miał na co reagować. Gdy nie musi reagować, może spokojnie podążać za oddechem. Wtedy nauczyłem się medytować. Przez tyle dni goniłem za marchewką, ale ona cały czas mnie wyprzedzała. Gdy tylko przestałem ją gonić, marchewka sama do mnie przyszła. Proste. Dlatego opowiadam dziś tę historię, choć jest nieco krępująca – co prawda to już stare dzieje, ale dobrze pokazuje, dlaczego czasami można mieć odczucie, że medytacja idzie źle. Za mocno się staramy, wysilamy. Zamiast się starać, naucz się wyciszać. Naucz się uspokajać. To nie wymaga żadnego wysiłku, choć trudno w to uwierzyć. Właśnie dlatego medytacyjne życie jest takie piękne. Do niczego nie trzeba się zmuszać. Trenujesz uważność po to, by powstrzymać pragnienia i tylko obserwować, co się dzieje w danej chwili, godzić się z tym, co się teraz dzieje. Odpuścić wszelkie starania, być życzliwym i czułym. Te trzy słowa: puszczanie, życzliwość i czułość, składają się na drugi czynnik Ośmiorakiej Ścieżki. Przypomniałaś mi o tym podczas wczorajszej nauki w Scout Center. To jedna z moich ulubionych nauk Buddhy. Latami nie mogłem zrozumieć, dlaczego w taki sposób uczymy medytacji: „Usiądź, obserwuj oddech, tylko żadnego nie przegap! Jeden przegapiłaś, widziałem”. To nie jest właściwy sposób nauczania medytacji. Przestańcie od siebie żądać, że „jeszcze dziś osiągnę Przebudzenie”. Często mówię ludziom podczas odosobnień: „To odosobnienie trwa dwa dni. Bardzo proszę, nie osiągajcie dzisiaj Przebudzenia, bo jutro nie będziecie mieli nic do roboty i będziecie się nudzić. »Ja już Przebudzony, co mam ze sobą robić?«”. Zamiast tego idźcie drogą budowania pokoju, życzliwości i czułości zawsze i wszędzie. Co niesamowite, można to stosować wobec własnego ciała. Są tu osoby, które chorują? Ktoś jest bardzo chory i umierający? Tylko proszę, nie umierajcie podczas odosobnienia, bo dla mnie to utrata reputacji, a dla organizatorów poważne konsekwencje. Mam rację? Nie?
[VC]: Znamy zakład pogrzebowy.
[AB]: Znamy zakład pogrzebowy. Możemy załatwić wam rabat. Przepraszam. Ale to niesamowite. Ścieżką medytacji można dotrzeć na różne poziomy. Miejsce, które odwiedzam co roku, a oni przyjeżdżają do klasztoru w Perth, jest stowarzyszenie chorych na raka z Perth, obecnie Solaris – ciągle zmieniają nazwy. W każdym razie jeżdżę tam już od ponad czterdziestu lat, a oni wciąż mnie zapraszają. Niedawno było uroczyste otwarcie ogromnego centrum, które zbudowali za cztery-pięć milionów dolarów z pieniędzy od rządu Australii Zachodniej. Nie mogłem uwierzyć, ale to mnie zaprosili na ceremonię otwarcia. Zaprosili dwóch VIP -ów, jednym z nich był szef rządu Australii Zachodniej – zrozumiałe, w końcu on za to zapłacił – ale ja nie zapłaciłem nic! Tyle że co roku tam jeżdżę, żeby uczyć. Pamiętam, że gdy ich spytałem, dlaczego mnie zaprosili, odpowiedzieli, że właśnie dlatego, że od ponad czterdziestu lat przyjeżdżam do nich nauczać. Dodatkowo jedna z członkiń ich zarządu miała raka piersi. Było to lata temu… Przeszła mastektomię, była już po zabiegu i gdy akurat tam byłem uczyć medytacji zadała mi pytanie. Powiedziała, że pytała już o to wielu psychologów, lekarzy, filozofów. „Miałam raka piersi, odjęto mi jedną pierś, teraz jestem w remisji, ale bardzo się boję, co się stanie, jeśli rak powróci. Nie dam już chyba rady drugi raz znieść tego bólu i stresu. Co, jeśli będzie nawrót?” Wiecie, co jej odpowiedziałam? Byłam poważny. Spojrzałem na nią: „A co, jeśli nie będzie?”. Ta odpowiedź ją zaskoczyła, dzięki czemu dostrzegła coś, czego wcześniej nie widziała. Zakładała, że rak powróci: „Na pewno wróci, to kwestia czasu.” A jeśli nie, to co? W jej przypadku nie wrócił. Jedną z przyczyn raka jest stres, zamartwianie się, nadmierne obawy. Ta kobieta nie potrafiła się rozluźnić, uspokoić. Mówiłem jej, że przez to, że się tak martwi, zwiększa ryzyko, że choroba powróci. Na poparcie mych słów często cytuję pewnego filozofa… nie, to nie Ajahn Brahm, to sławny angielski filozof, o którym pewnie słyszeliście. Filozof ten nazywał się Ka Pe Chatek. Pełne nazwisko – Kubuś Puchatek. Pewnego dnia Kubuś Puchatek i jego przyjaciel Prosiaczek wracali do lasu po bardzo pracowitym dniu. Gdy wracali, nadciągnęła wielka burza. Drzewa uginały się pod naporem wiatru, gałęzie spadały na ziemię i nawet całe drzewa łamały się i przewracały. Prosiaczek zwrócił się do przyjaciela: „Puchatku, nie dam rady! Nie chcę dalej iść! Co będzie? Co będzie, jeśli złamie się drzewo, a my będziemy pod nim?”. Czuliście kiedyś taki strach? Co będzie, gdy rak powróci? Co będzie, jeśli wszystko pójdzie źle? Wielki filozof Ka Pe Chatek… chyba miał doktorat? – odpowiedział pytaniem: „A jeśli nic się nie stanie?”. Jako matematyk, kiedy czytałem tę historię, wiedziałem, że najprawdopodobniej nic złego się nie stanie. Gdy się zamartwiasz, zwiększasz ryzyko, że stanie się coś co pogorszy twoje zdrowie. Prawda jest taka, że to strach zabija o wiele skuteczniej niż rak. Czy są tu jacyś absolwenci filologii angielskiej? Mam ulubioną opowieść autorstwa Edgara Allana Poe, ”Maska śmierci szkarłatnej”. Trochę makabryczna, ale dobrze przekazuje prawdę o tym, od czego naprawdę chorują ludzie. Edgar Allan Poe pisał… W tamtych czasach wierzono, że to demony, potwory, nasyłają plagi na Europę. Pewnego razu potwory zorganizowały zebranie – gdzieś w lesie pod Paryżem, żeby się pochwalić, co ostatnio narobiły. Ile osób zabiłeś w Paryżu? Z pięć tysięcy. Ile osób w Londynie? Dziesięć tysięcy. Ile osób w Amsterdamie? Piętnaście tysięcy. Gdy zapytały kolejnego: „Ile osób zabiłeś…” Gdzie? OK, „Ile osób zabiłeś na Hawajach?”. Tau pochodzi z Hawajów. Na marginesie, oczywiście zmyślam. Demon odparł: „Ja zabiłem tylko dziesięć, a strach zabił dwadzieścia tysięcy”. Z tych słów płynie prawda, że główną przyczyną śmierci często bywa strach, nie sama choroba. Rozumiecie? Zgadzacie się z tym? To całkowita prawda. Dlatego właśnie opowiadam takie historie w stowarzyszeniu chorych na raka – obecnie Solaris – a one pomagają ludziom. I właśnie dlatego zaproszono mnie jako drugiego VIPa na otwarcie centrum, a ja się zgodziłem. Dlaczego zgodziłem się być VIPem podczas ceremonii otwarcia wielkiej, zbudowanej za miliony siedziby stowarzyszenia chorych na raka? Dlatego, że podczas buddyjskich ceremonii inauguracyjnych używamy wody i kropidła, by pobłogosławić uczestników. Najpierw zapytałem, czy jeśli przyjdę, będę mógł odprawić rytuał z kropidłem i wodą święconą. Nie widzieli przeszkód, ale dodali, że w takim razie będę błogosławił naczelnego polityka Australii Zachodniej. Ok, niech będzie. Oblałem go wodą i dobrze się bawiłem, oblewając ważnego polityka. Myślicie, że tutaj uszło by mi to na sucho? Kto jest teraz premierem? Starmer, tak? Yeah. Myślicie, że mógłbym to zrobić? Myślicie, że zasłużył? Nieważne, tak sobie żartujemy. Dobrze się bawiliśmy podczas ceremonii otwarcia, a to poprawiło samopoczucie innym. Gdy ktoś dobrze się czuje, zazwyczaj znaczy to, że dobrze się ma i jest zdrowszy. W każdym razie, to, czego uczymy się podczas medytacji, może pomóc w chorobach takich, jak rak. Mówię o tym, bo… Dlaczego przyszliście tu medytować? Dlaczego tu jesteście? Z różnych powodów, jednym jest zdrowie. To działa. Kolejny powód to szczęśliwe życie i współpraca z innymi. Pomaga. Następna moja ulubiona historia – odkąd tu jestem jeszcze jej nie opowiadałem – to opowieść o małżeństwie, związkach małżeńskich. Dwie kobiety w związku małżeńskim po obiedzie wybrały się na spacer do lasu. Nagle słyszą: „Kwa, kwa, kwa, kwa”. Jedna z kobiet mówi: „Słyszysz to? To kura”. Druga na to: „Nie, to nie kura, to kaczka!”. „Nie, nie, nie. To na pewno kura”. „Niemożliwe, to robi kwa kwa, to kaczka!” „Nie, to kura!”. „Kaczka!”. „Kura!”. Czy coś wam to przypomina? Rozmowy, które mieliście z szefem, przyjaciółką czy partnerem? Aż jedna z kobiet spojrzała na partnerkę, którą kochała, i która miała teraz łzy w oczach. Za chwilę się rozpłacze. Popatrzyła głęboko w jej oczy i powiedziała: „Wiesz, chyba masz rację. To chyba kura”. Znów rozległo się „kwa kwa”. „Dziękuję, kochanie”. I ich związek mógł nadal przebiegać w harmonii. To była bardzo mądra kobieta, która zgodziła się na kurę. Dlaczego? Bo kogo obchodzi, czy to kura, czy kaczka – czy to naprawdę takie ważne? Czy może ważniejszy jest wgląd, który daje medytacja, dotyczący tego, co jest w życiu najważniejsze? Nie warto się kłócić. Warto być zakochanym. Jeśli ktoś mówi, że to kura – czemu nie. Gdy mówi, że to krowa – ok. Może i krowa. To naprawdę działa, dzięki medytacji zdajesz sobie sprawę z tego, co jest najważniejsze i możesz osiągnąć harmonię. Harmonię ze światem. I tak wróciłem do dzisiejszego tematu – to rzadkie.
[VC]: Harmonizowanie z tytułem.
[AB]: Harmonizowanie z tytułem. W każdym razie, tak działa medytacja. Daje ci nowe perspektywy na życie, wgląd, który pomaga żyć w pokoju i harmonii z innymi. Oznacza to również, że – niezależnie, co robisz w życiu, czym się zajmujesz, jaką pracę wykonujesz… Czy są tu naukowcy? Jedna osoba… Tylko jedna? Dwie, trzy, cztery. Ok. Raz dostałem maila od jednej pani. Napisała: „Kurczę, uczysz nas, żebyśmy się relaksowali, ale ja się chyba relaksuję za bardzo. Nie wykonuję swoich zadań. Mogę stracić pracę”. Odpowiedziałem jej… a właściwie robię to teraz – miałem zamiar jej odpisać, ale jestem za leniwy, więc robię to teraz, online: A mianowicie: „Gdy jest czas na pracę, pracuj. Gdy jest czas na medytację, medytuj. Gdy jest czas na odpoczynek, sen, idź spać. Nie medytuj, gdy powinnaś spać. Tak się nie robi. Gdy pracujesz, nie siedź bez ruchu, bo jeśli szef cię zauważy… Chociaż znam jednego człowieka, który w pracy o każdej pełnej godzinie przerywa pracę i – gdy godzina wybije – zamyka oczy i przez dwie minuty medytuje, siedząc nieruchomo. Jeśli szef akurat przejdzie obok, pomyśli: „Pewnie myśli o kontrakcie”. Nikt nie wie, o czym myślisz, gdy masz zamknięte oczy. Zawsze możesz raz na godzinę spędzić dwie minuty w nieporuszeniu. Twoja produktywność i jasność umysłu dzięki temu nawet wzrosną. Można to robić także w taki sposób. W medytacji można stosować różne sztuczki. Nikt nie wie, co robisz – z wyjątkiem ciebie i ewentualnie osób, z którymi mieszkasz. Bardzo często na moje zajęcia z medytacji, podobne do tych, często przychodzą ludzie… Te nauki często odbywają się wieczorem. Na wieczorną medytację przyszła raz kobieta, która wyglądała na zmęczoną. Mówię jej: „Trzeba było zostać w domu i odpocząć!”. „Nie mogłam! Wróciłam do domu z pracy, bardzo zmęczona, ale przyszły moje małe dzieci i pytają: »Tatusiu, idziesz dzisiaj na medytację?«. „Dzisiaj nie, jestem zmęczony”. „Ale tatusiu, idziesz na medytację?” „Nie, muszę odpocząć.” „Tatusiu, ale musisz iść na medytację!” „Dlaczego?” A dziecko na to: „Bo kiedy wracasz z medytacji, jesteś o wiele milszy!”. Jeśli tak ci mówi własne dziecko, jest ono o wiele lepszym nauczycielem niż ja. Na miłość, uwierz mu, bo ma rację. Na tym polega moc medytacji, która potrafi nas uspokoić, rozjaśnić umysł i być milszymi dla świata. Inaczej możemy stać się nieczuli na to, czego potrzebują najważniejsze dla nas osoby. Mam jeszcze jedną historię. Ile już mówię? Jest dziesiąta dziesięć, mam jeszcze pięć minut. Naprawdę bardzo się dziś staram. Pewnie mi się nie uda. Na razie idzie dobrze. Moje historie potrafią mieć niesamowity wpływ na ludzi. Tę historię opowiedziałem na którejś indonezyjskiej wyspie, chyba na Sulawesi. Pojechałem tam nauczać i zwróciła się do mnie pewna stacja radiowa, która bardzo chciała przeprowadzić ze mną wywiad. Tak się złożyło, że prowadząca wywiad była muzułmanką. Ja jestem mnichem buddyjskim, ale rozmowa dotyczyła ogólnie życia. Opowiedziałem jej historię o człowieku, który wrócił z pracy do domu późno wieczorem, a w drzwiach już czekał na niego jego sześcioletni syn. Tata ledwo zdążył zamknąć drzwi, a syn go pyta: „Tato, ile zarabiasz w pracy pieniędzy”? „Masz sześć lat, to nie twoja sprawa. Bądź cicho. Chcę w spokoju napić się herbaty”. „Ale tato, ile funtów zarabiasz na godzinę”? „Słuchaj, mówię, że to nie twoja sprawa. Jestem zmęczony”. „Ale tato, ile zarabiasz…”. „Trzy razy ci mówiłem, żebyś przestał pytać. Idź do swojego pokoju. Masz szlaban”. Chłopiec nie miał wyjścia – wzruszył ramionami i powlókł się do swojego pokoju. Dostał szlaban od taty. Słyszałem, jak powiedziałaś „mmm”, i chyba wiesz, że rodzice robią tak tylko wtedy, gdy są bardzo zmęczeni. W końcu ojciec się zreflektował, że źle zareagował na synka. Poszedł do jego pokoju, delikatnie zapukał do drzwi, otworzył, wszedł i powiedział: „Synu, przepraszam. Nie powinienem był na ciebie krzyczeć, ale byłem bardzo zmęczony. Nie wiem, po co ci wiedzieć, ile zarabiam za godzinę, ale dobrze: zarabiam… dwadzieścia dolarów Nic nie wiem o pieniądzach. Ile ty zarabiasz za godzinę?
Powiedział: dwadzieścia dolarów za godzinę. Na co syn: „Dziękuję, tato. A teraz czy możesz pożyczyć mi dziesięć dolarów?”. Ojciec otworzył usta w wyrazie zdziwienia i szoku, ale już raz zdenerwował syna i nie chciał go znowu zdenerwować. Zagryzł więc zęby, wyjął portfel i dał synowi dziesięć dolarów. „Dziękuję, tatusiu”. Następnie chłopiec otworzył szufladę przy łóżeczku, wyjął z niej kilka monet, odliczył dziesięć dolarów i wręczył ojcu dwadzieścia. „Tato, chciałbym kupić godzinę twojego czasu”. Ta pani dziennikarka nie mogła dalej prowadzić wywiadu. Rozpłakała się. Nieważne, czy człowiek jest muzułmaninem, chrześcijaninem, buddystą, ateistą czy jeszcze kimś innym. To piękna historia o tym, jak bardzo dziecko potrzebuje uwagi mamy, taty, wujka, kogokolwiek. A ten chłopiec uznał, że najlepszy sposób na zwrócenie uwagi taty to zdobyć 20 dolarów i mu za nią zapłacić. To nienajlepsze, prawda? Zapłata za uwagę. Ale ta historia uczy nas czegoś bardzo ważnego. Właśnie to pomaga nam odkryć medytacja: jak ważny jest czas, jakie powinny być nasze priorytety i jak dbać o ludzi, za których jesteśmy odpowiedzialni. No i proszę. Mamy dziesiątą piętnaście. Dam wam… Mogę opowiedzieć jeszcze jedną?
[VC]: Nie. Teraz przerwa na toaletę.
[AB]: Zatem teraz przerwa na toaletę.
O autorze

Brahmavamso Ajahn
zobacz inne publikacje autora
Czcigodny Ajahn Brahmavamso Mahathera (znany jako Ajahn Brahm), właściwie Peter Betts, urodził się w Londynie 7 sierpnia 1951 roku. Obecnie Ajahn Brahm jest opatem klasztoru Bodhinyana w Serpentine w Australii Zachodniej, Dyrektorem ds. Duchowych Buddyjskiego Towarzystwa Stanu Australia Zachodnia, Doradcą ds. Duchowych przy Buddyjskim Towarzystwie Stanu Wiktoria, Doradcą ds. Duchowych przy Buddyjskim Towarzystwie Stanu Australii Południowej, Patronem Duchowym Bractwa Buddyjskiego w Singapurze oraz Patronem Duchowym ośrodka Bodhikusuma Centre w Sydney.
Artykuły o podobnej tematyce:
- Sumedho Ajahn Czym jest medytacja?
- Bhikkhu Sujato Medytacja bez przeszkód
- Ajahn Brahm Medytacja prowadzona
Sprawdź też TERMINOLOGIĘ
Poleć nas i podziel się tym artykułem z innymi:
Chcąc wykorzystać część lub całość tego dzieła, należy używać licencji GFDL: Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję lub/i modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.2 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation.

Można także użyć następującej licencji Creative Commons: Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0

Oryginał można znaleźć na tej stronie: LINK
Źródło: Anukampa Bhikkhuni Project
Tłumaczenie: Katarzyna Kubiak
Czyta: Agata i Kamień stulecia

Redakcja portalu tłumaczeń buddyjskich: http://SASANA.PL/
| 
