KLIKNIJ TUTAJ - POSŁUCHAJ NA SOUNDCLOUDZIE
Trochę jakby… smutno? To ostatnia mowa, ostatnie nasze piątkowe spotkanie przed odosobnieniem pory deszczowej. Ale taka jest nasza monastyczna tradycja jak świat szeroki. Bardzo dobrze, że pracujemy, zakładamy klasztory męskie i żeńskie oraz ośrodki medytacyjne na całym świecie. Wspaniale, że się w to angażujemy. Ale równie wspaniałe jest, gdy bierzemy wolne i nie robimy absolutnie nic.
Dla wielu osób to jedna z najtrudniejszych rzeczy na świecie – bezczynność. Zachęcam was, abyście spróbowali. Usiądźcie, bądźcie w teraźniejszości, nie starajcie się nigdzie dotrzeć ani niczego zrobić, tylko bądźcie tu i teraz, a z czasem samo bycie tu, w tym momencie, będzie coraz przyjemniejsze. Trochę dziwne, gdy nie trzeba nic robić – tylko być i niczego nie zmieniać. Być biernym obserwatorem życia.
Może bywacie czasami w pięknych miejscach na łonie natury. Na przykład w miejscach, gdzie można pochodzić po górach. Pamiętam jedno takie miejsce, kiedy pojechałem do Indii. Zawsze chciałem zobaczyć Himalaje, ale niestety nie zrobiłem dokładnego rozeznania i pojechałem na północ Indii… w porze deszczowej! Ponieważ cały horyzont jest tam wtedy zasnuty chmurami, ostatecznie nie zobaczyłem Himalajów nawet raz. Pamiętam, że pewnego dnia – to było jeszcze w świeckich czasach – wspięliśmy się ze znajomymi na jedno ze wzgórz, ot tak, żeby zażyć ruchu, a gdy dotarliśmy na szczyt, chmury się rozstąpiły i odsłoniły horyzont. Gdy się przejaśniło, moim oczom ukazał się rozległy pas Himalajów – już bez chmur. To był olśniewający widok. I w tym momencie – byłem wtedy wprawdzie wysportowany i zdrowy, ale jeszcze bardzo głupi i wiecie, co zrobiłem? Przypomniałem sobie, że zostawiłem aparat w samochodzie. Zbiegłem szybko do auta, i wbiegłem z powrotem, żeby zrobić zdjęcie tej pięknej panoramy Himalajów. A gdy tylko dotarłem na szczyt wzgórza, znów się zachmurzyło. To był znak od Māry – istoty, która według buddyjskich wierzeń zawsze próbuje przeszkadzać nam w osiągnięciu szczęścia i przyjemności, choć tak naprawdę uczy nas mądrości. Byłem tam z dwoma innymi mnichami… przepraszam, świeckimi. Kiedy wróciłem na górę, zapytali mnie, gdzie byłem. Ja na to, że w samochodzie po aparat. A oni, że przegapiłem taki piękny widok na Himalaje, bez żadnych chmur. I drugi raz już ich podczas tej podróży nie zobaczyłem. Zawsze uważałem, że piękna, chwil, które naprawdę inspirują, nie należy uwieczniać. Właśnie to próbowałem zrobić – uwiecznić widok aparatem. Przecież wydano mnóstwo książek, w których znacznie lepsi ode mnie fotografowie uwiecznili te same widoki. Ale ja chciałem zrobić to sam. To było niemądre, ale to była nauczka: gdy czegoś doświadczasz, gdy coś widzisz, czy – co ważniejsze – czegoś doznajesz w medytacji, nie próbuj tego uchwycić. Daj temu być. Pozwól dojrzewać. Niech samo ci pokaże, jak piękne może być. To doświadczenie będzie dla ciebie o wiele przyjemniejsze, gdy nie będziesz próbować go uchwycić. Wszystkie drobne doświadczenia…
Jednym z powodów, dla których wybrałem się wtedy do północnych Indii, było to, że uznawałem Himalaje za miejsce, gdzie można doznać głębokich przeżyć duchowych. Ale chciałem też spróbować zrozumieć mądrość i dobroć. To one uczą, jak w medytacji osiągać głębszy spokój. Jeśli chodzi o medytację, ludzie często piszą do mnie maile, w których opisują swoje doznania i doświadczenia. Chcą wiedzieć co to oznacza. Wiem, że dużo mówię o tym, jak ważne są jhāny. Są one faktycznie dostępne dla każdego, ludzie ich doświadczają, ale ja tak często podkreślam ich znaczenie i piękno, że u niektórych budzi to pragnienie jhān. A to przeszkoda. Nie możesz czerpać pełnej radości z medytacji, kiedy chcesz doświadczyć tego lub innego stanu. Odkryłem – podobnie jak wielu z was – że gdy pragnę jakichś konkretnych doznań, nic z tego nie wychodzi. W medytacji trzeba się dobrze rozluźnić. Stąd moje małe powiedzonko, które ma wielką moc: „Zrelaksuj się na maksa!”. Nic nie chciej.
Może zauważyliście, że kiedy czegoś chcecie, lub przeciwnie – nie chcecie, wasze ciało się spina? Umysł także. Jeśli jednak dasz sobie spokój, odpuścisz, możesz się rozluźnić. Wtedy mogą dziać się zaskakujące rzeczy. Są odczucia, przy których myślisz: „Powinienem teraz cierpieć”. Ale jeśli przyjmujesz je świadomie i z życzliwością, może się okazać, że wcale nie cierpisz, tylko, cieszysz się chwilą. [WYDMUCHUJE NOS] I to dało mi kilka cudownych sekund, aby zrelaksować się na maksa. Wydmuchiwanie nosów… Obu, po obu stronach. Nie wiem, skąd… Na początku myślałem, że to katar sienny. Ale wizyta w Anglii była bardzo intensywna, starałem się być zawsze dostępny, odpowiadać na pytania i być pomocnym dla ludzi na ile mogłem. Gdy tak postępujemy, osiągamy wspaniałe rezultaty. Nie wiem, czy już… Niektórym z was opowiadałem już tę historię, ale chcę ją opowiedzieć także dziś, skoro to i tak moja ostatnia mowa tutaj przed dłuższą przerwą. Od dawna staram się wykorzystywać swoje wpływy w takich miejscach jak Sri Lanka – jestem tam bardzo sławny. Moje książki zostały przetłumaczone na wiele języków. Ostatnim językiem tłumaczenia był… kazachski. Nie do końca wiem, gdzie leży Kazachstan. Ale ludzie z Kazachstanu też mnie teraz znają. Mam nadzieję, że będą dla mnie mili. Poza tym…
OK, trudno, powiem to: niedawno przyszedł też e-mail z zaproszeniem do wygłoszenia nauk buddyjskich i być może poprowadzenia odosobnienia medytacyjnego… w Rosji. Miało to być podczas konferencji pod patronatem niejakiego pana W.W. Putina! Bardzo ciepło wypowiadał się o buddyzmie. Trochę mnie to zaskoczyło. W każdym razie niestety termin jest w trakcie odosobnienia pory deszczowej. Nie jest tak, że nigdy nie odmawiam, choć częściej mówię „tak” bo – szczerze – bardzo chcę służyć i pomagać. Chciałbym dzięki tym wspaniałym naukom pomagać ludziom na całym świecie. Ale to dużo jak na jednego mnicha. I między innym właśnie dlatego od lat pomagam zakładać klasztory dla mniszek. Chcę, żeby miały one równy status z klasztorami dla mnichów. I żeby mniszki również mogły służyć. Zauważyłem pewną rzecz. Są rzeczy, które mogą mówić bhikkhuṇī, czyli mniszki, ale ja nie powinienem. Wszyscy mamy coś, w czym się specjalizujemy. Dlatego dobrze, że mamy dużą kadrę nauczycieli. Czy znacie uniwersytety, na których jest tylko jeden wykładowca? Czy raczej jest tam zwykle cała grupa wykładowców? Niektórzy są mocni w jednej dziedzinie, a inni w innej. I tak powinno być. To bardzo przydatne w życiu. Czasem ludzie pytają – tak było w zeszłym tygodniu w Anglii – dlaczego zostałeś mnichem? Gdy potem słyszę, co ludzie mówią o mnie, jak mnie chwalą, mówią: „Dziękuję za uratowanie mi życia”. „Dziękuję, oglądam twoje mowy w Internecie i gdyby nie ty, już by mnie tu nie było”. Takie właśnie słowa sprawiają, że czuję się spełniony w swojej pracy. To naprawdę działa. Ale oprócz służby innym, satysfakcję z pracy czerpię też, mogąc skrzyżować nogi i wejść w piękny, spokojny stan medytacji. To działa w obie strony: przynosi korzyści mi, a ja dzięki temu mogę służyć innym. Dlatego tak bardzo to kocham.
W tym roku mija pięćdziesiąt lat, odkąd zostałem bhikkhu. Pięćdziesiąt lat, skończone. A ile mam lat w ogóle? W przyszłym miesiącu skończę 74, ale nie lubię podawać wieku w latach, zamiast tego liczę go w miesiącach. Moim zdaniem robi to większe wrażenie. I nigdy nie kłamię. Nie wiem, dlaczego ludzie chcą czuć się młodzi. Osobiście lubię czuć się stary, mądry, że mam ogromne doświadczenie życiowe. Dlatego podaję swój wiek w miesiącach. I właśnie w przyszłym miesiącu, w sierpniu, mój wiek wyniesie osiemset osiemdziesiąt osiem. Bardzo szczęśliwa liczba. Pomyślna. Wspaniała liczba. Chyba już wspominałem, że w miejscach takich jak Singapur lub innych, gdzie silnie obecna jest kultura chińska, wszyscy wiedzą, że osiem-osiem-osiem to bardzo szczęśliwa liczba. Jeśli ktoś chce mieć rejestrację z numerem 888, będzie go to kosztowało fortunę. Jeśli mieszkasz pod numerem 888, to jest on wart dużo pieniędzy. Tak że niedługo mój wiek to będzie osiem osiem osiem. Łatwo zapamiętać. Lubię takie zabawy. Bo gdy jesteś mnichem i nie przywiązujesz się do niczego, możesz wszystko odpuścić i bawić się takimi rzeczami jak liczby. Dobrze się bawić, patrząc na życie z innej perspektywy. Po co zawsze patrzeć na życie tak samo, jak inni? W ten sposób omija nas część radości i mądrości, które oferuje nam życie. Nadal pamiętam taką historię: Kiedyś jeden mnich, który mnie uczył, trafił do więzienia – był niewinny, ale został wrobiony i dwa lata siedział w więzieniu. Jak mi powiedział, to były najlepsze lata jego życia. Można sobie wyobrazić: mnich trafia do więzienia, nie musi pracować, może medytować przez cały dzień, dostaje wystarczająco jedzenia, nie musi odpowiadać na trudne pytania, może sobie cały dzień siedzieć w przyjemnym spokoju. A jeśli zechce wyjść…
Mówi się, że błogosławieni święci mnisi potrafią z łatwością przechodzić przez ściany. Chyba już wam kiedyś opowiadałem historię Czcigodnego Ānandy, który żył w czasach Buddhy. Po śmierci Buddhy zwołano ogromne zgromadzenie, na które zaproszono pięciuset Arahantów – a właściwie czterystu dziewięćdziesięciu dziewięciu, bo musieli zaprosić też Czcigodnego Ānandę, który nie był jeszcze Arahantem, a który przez długi czas był towarzyszem Buddhy. Dobrze znał nauki Buddhy, wiedział dokładnie, jak Buddha praktykował i czego nauczał. Musieli go zaprosić, mimo że był jedynym mnichem, który nie był jeszcze w pełni Przebudzony. Co więc zrobił Czcigodny Ānanda? Nie spał całą noc… Calutką noc nie spał, tylko medytował, medytował i medytował, medytował i medytował, medytował i medytował. I do czego doszedł? Do niczego. Wiecie, dlaczego? Bo się starał. Chciał coś osiągnąć. Aż w końcu się poddał. Pomyślał: „Zostało tylko jakieś 45 minut, może godzina do rozpoczęcia zgromadzenia. Jeśli dotąd nie osiągnąłem Przebudzenia, już go nie osiągnę" – tak pomyślał. Więc Czcigodny Ānanda poszedł do swojego pokoju, położył się na łóżku i… Właściwie dosłownie tuż przed tym, jak się położył, zamknął oczy – i w tym właśnie momencie stał się pięćsetnym Przebudzonym. Uwielbiam tę historię! Jest prosta do zrozumienia: im bardziej się starasz, tym bardziej odpędzasz mądrość, spokój i Przebudzenie. Gdy zaś odpuszczasz, relaksujesz się na maksa i dajesz sobie spokój, twój umysł może się wyciszyć i dostrzec Dhammę. Ānanda miał już bardzo dużo doświadczenia. Musiał tylko dostrzec Dhammę i stał się kolejną Przebudzoną istotą. Ale teraz miał problem: jak przekonać pozostałych mnichów, którzy już przybyli na spotkanie, jak przekonać ich, że on również jest już Przebudzoną istotą? Zamiast się tłumaczyć, celowo spóźnił się na spotkanie. Drzwi były już zamknięte, a czterystu dziewięćdziesięciu dziewięciu w pełni Przebudzonych Arahantów czekało na rozpoczęcie zgromadzenia. Nagle wszystkie te przebudzone istoty ujrzały jasne, potężne światło wpadające przez dziurkę od klucza. Przeniknęło przez dziurkę od klucza i zmaterializowało się jako Ānanda. To się nazywa wejście! Musiał tak zrobić, aby wszystkich przekonać, że on również jest teraz doskonale Przebudzoną istotą. Bardzo lubię tę historię. Próbował, próbował, próbował, aż w końcu się poddał. A dzięki temu, że się poddał, mógł się rozluźnić, mógł sobie odpuścić.
Pamiętam, jak Ajahn Chah próbował mnie tego nauczyć – wiele razy. Z początku nie bardzo mogłem to pojąć. Wydawało mi się, że aby osiągnąć Przebudzenie, trzeba włożyć w to wiele wysiłku. Trzeba się starać, to ogromne wyzwanie. Jak niby mam osiągnąć pełne Przebudzenie bez wkładania w to żadnego wysiłku? Ale w końcu zrozumiałem. Ajahn Chah był bardzo dobry w tworzeniu porównań, które miały dla mnie sens. Jedno takie porównanie brzmiało: Wat Pah Pong czyli klasztor, w którym mieszkał, Wat Pah Pong jest mangowym sadem. Użył tego porównania w moim pierwszym roku jako mnich, gdy z nim mieszkałem. Ale ja nigdy nie widziałam w Wat Pah Pong żadnych mangowców. Pomyślałem: „Co jest? Przecież w klasztorze Ajahna Chah nie rosną drzewa mango”. A Ajahn na to, że to metafora, i że w klasztorze Ajahna Chah rośnie mnóstwo mangowców, a wszystkie zostały zasadzone przez samego Buddhę. Zaczęło się robić dziwnie. Przecież Buddha nigdy nie był w Tajlandii. A nawet gdyby, to czy udałby się właśnie do lasu w północno-wschodniej Tajlandii, a nie do innych miejsc? Ajahn kontynuował: „Zostały zasadzone przez Buddhę, a wszystkie drzewa, które zasadził Buddha, uginają się teraz od dojrzałych, słodkich owoców mango”. To mnie zainteresowało, bo nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam mango z północno-wschodniej Tajlandii. Są bardzo smaczne. I można je było jeść, gdy jedyną inną opcją było jedzenie… żab. Naprawdę, często stanowiły one część posiłku. Jedyny posiłek dziennie: żaby i kleisty ryż. Ale w sezonie można było jeść piękne, pyszne mango. W każdym razie, kiedy usłyszałem, że w Wat Pah Pong rosną mango zasadzone przez Buddhę, i że były przepyszne, jak twierdził Ajahn Chah, stwierdziłem, że chciałbym ich spróbować. Zrozumiałem, co miał na myśli Ajahn Chah. Chciał powiedzieć, że mango symbolizują mądrość Buddhy, czyli to co nazywamy Dhammą – to jest zrozumienie i dostrzeganie rzeczy, które dostrzec potrafi tylko niewielu. Naturę ciała, naturę umysłu, naturę relacji, naturę dobroci, naturę niepozwalania, by inni wyprowadzali nas z równowagi.
Jedną historię o niewytrącaniu się z równowagi opowiadałem kilka razy w Anglii i teraz podzielę się nią z wami. To stara historia o amerykańskim żołnierzu w północno-wschodniej Tajlandii. Pod koniec wojny w Wietnamie Amerykanie mieli tam jeszcze bazę lotniczą. Jeden żołnierz, duży facet, jechał raz rikszą z bazy pod Tajlandią… To znaczy pod Ubon. Obecnie znajduje się tam lotnisko Ubon w Tajlandii. Wtedy była to baza lotnicza US Air Force. Żołnierz jechał z bazy do miasta. W trakcie podróży z bazy do miasta rikszarz mijał przydrożny stragan, gdzie odpoczywali i pili whisky jego koledzy… Whisky Mekhong. Ponieważ sporo już wypili, byli trochę pijani i tracili poczucie przyzwoitości. Zaczęli krzyczeć do rikszarza: „Dokąd wieziesz tego brudnego jankeskiego psa?” Bardzo obraźliwe wyzwisko. A rikszarz spokojnie podziwiał krajobraz, napawał się pięknymi widokami… Wróć, to żołnierz spokojnie podziwiał krajobraz. Więc rikszarz pomyślał: „Uf, żołnierz nie rozumie tajskiego”. I rikszarz odkrzyknął: „Patrzcie, jaki ten żołnierz brudny! Zabiorę go nad rzekę w centrum miasta…” Rzeka nazywała się Moon River. „… zabiorę go nad rzekę i wrzucę do wody, żeby się dobrze umył. Ha, ha, ha, ha, ha". Co za rasistowski język! Normalnie można by go wziąć za zaproszenie do bitki. Ale żołnierz nadal patrzył sobie na krajobraz i uśmiechał się. Wyglądało na to – a przynajmniej tak sądzili ci mężczyźni, że nie rozumie języka tajskiego. Więc nie było problemu – do czasu. Ale kiedy dotarli do miasta, żołnierz wysiadł z rikszy i odszedł bez płacenia. Rikszarz zawołał za nim, najlepiej jak potrafił po angielsku: „Sir, a zapłata? Musi pan zapłacić!” Na to amerykański żołnierz odwrócił się i odrzekł idealnym tajskim, bardzo płynnie: „Psy nie mają pieniędzy”. Zapamiętajcie to. Jeśli ludzie was obrażają, krytykują, wspaniale, gdy potraficie tak to obrócić, że sami zaczynają się wstydzić tego, co powiedzieli. Są na tyle zawstydzeni, że czegoś się przy tym nauczą.
Tego nauczył mnie Ajahn Chah. Mówił, że jeśli ludzie będą mnie obrażać – na przykład wytykając mi, że mnisi nie mają pieniędzy, mogę łatwo załagodzić sytuację, nie wpadając w złość. To jedna z sytuacji, gdy można w ten sposób postąpić. Inny przykład pochodzi z czasów, gdy byłem świeżo upieczonym mnichem i mieszkałem w północno-wschodniej Tajlandii. W tamtym czasie lokalny urząd gminy miał duży problem z taksówkarzami i rikszarzami, którzy… Nie było publicznych toalet, więc oddawali mocz w jednym miejscu w mieście… bardziej na obrzeżach. Zawsze w tym samym miejscu, gdzie przez to z czasem zaczęło bardzo nieprzyjemnie pachnieć. Gmina wywiesiła nawet w tym miejscu napis zakazujący oddawania moczu, ale czy to powstrzymało rikszarzy? Nie. Więc zapach nadal się utrzymywał. Aż jeden z radnych wpadł na pomysł, żeby nie wywieszać napisu „Zakaz oddawania moczu”, a zamiast tego napisać: „Tu sikają tylko psy”. Od tego czasu nikt w tym miejscu nie oddawał już moczu. To przejaw inteligencji emocjonalnej. W ten sposób można ludziom coś wyperswadować, a nawet łatwo ich kontrolować. Nawet ci, którzy wcześniej w tym miejscu sikali, docenili pomysł radnych… bo ich również rozśmieszył napis. Docenili mądrość, Lubię historie o tym, jak ludzie potrafią zdobyć się na niesamowitą mądrość i dzięki niej rozwiązywać problemy tego świata.
W kolejnej takiej historii o mądrości bohaterem jest dżentelmen, który pełnił funkcję królewskiego urzędnika. Ministra. Minister ten był bardzo gadatliwy. Tak jak ja. Zgadzacie się? Przez to wywoływał zażenowanie wśród innych ministrów w rządzie. Tylko mówił, mówił, mówił, mówił, mówił. I udzielał porad. Aż inni ministrowie mieli go tak dość – chociaż większość tego, co mówił, była słuszna, że zwołali zebranie, żeby uradzić, jak ośmieszyć tego wszystkowiedzącego ministra przed królem. Ich plan polegał na tym, żeby w obecności króla wygłaszać pod jego adresem pochwały. Wiadomo, że ludzie lubią być chwaleni przed swoim pracodawcą. Mówili: „Ależ to mądry minister. Król ma szczęście, że ma takiego ministra w swoim rządzie. On wszystko wie. Jest tak mądry, że pewnie nawet wie, o czym teraz myślimy". To była pułapka. Bo minister na to: „Tak, wiem, co teraz myślicie”. A oni się zmówili. Sytuacja była ukartowana. „Niech nam powie, o czym myślimy. Nawet jeśli dobrze zgadnie, nawet jeśli będzie miał rację, w jaki sposób udowodni, że potrafi czytać w myślach? Powie, że myślę o tym, jak piękny dziś dzień – ale jak to udowodni? Zawsze mogę odpowiedzieć, że wcale nie o tym myślałem”. Wciągnęli go w pułapkę. „Czy potrafisz powiedzieć królowi, co teraz myślimy?" Ale minister nawet się nie zawahał. Spojrzał na Jego Wysokość Króla, spojrzał na wszystkich ministrów i odparł: „W tej chwili każdy z was z życzliwością i czcią myśli o Jego Wysokości Królu”. „Niesamowite! Niesamowite! Dokładnie to myślimy”. Gdyby któryś powiedział inaczej, trafiłby do więzienia.
Bywają więc takie sytuacje, gdy ludzie wykazują się mądrością, a mądrość ta wynika z tego, że umysł potrafi wykroczyć poza schematyczne myślenie i głęboko wniknąć w sedno sprawy. To właśnie nazywamy mądrością. Ale to nie wystarczy, aby zostać Wchodzącym w Strumień ani Arahantem. Samo posiadanie mądrości nie wystarczy – trzeba umieć się nią posługiwać. Dlatego uczymy, że najważniejsze jest dostrzeganie natury rzeczy i jej doświadczanie na samych sobie. To dlatego można powiedzieć, że Wat Pah Pong był zasadzonym przez Buddhę sadem mangowym, gdzie z drzew skapują krople mądrości, dostępnej dla wszystkich. Dlaczego nie każdy, kto tam przebywa, osiąga Przebudzenie? Nie chodzi tylko o wiedzę, ale także o doświadczanie. Ajahn mówił, że „w Wat Pah Pong wystarczy usiąść pod mangowcem…" – tak się wyrażał. Z początku zupełnie tego nie rozumiałem… byłem tylko młodym mnichem, ale miałem duży szacunek do Ajahn Chah, więc skoro tak mówił, to musiało to mieć głębokie znaczenie. Według jego słów mnisi i mniszki – dziś byliby to także świeccy, żeby zdobyć mango, muszą tylko usiąść nieruchomo pod drzewem. Całkowicie nieruchomo. I otworzyć dłoń, a mango wpadnie wprost do niej. Usiądźcie i nie ruszajcie się, a mango samo wpadnie wam do ręki. Pomyślałem: „Co za bzdura!” Szczerze mówiąc, w tamtym czasie straciłem trochę wiarę w Ajahna Chah. Przecież żeby się Przebudzić musisz chociaż rzucić kijem w gałąź, żeby strącić mango. Ale on powtarzał: „Nie, nie, nie. Masz siedzieć nieruchomo". Spróbujcie kiedyś, gdy będziecie w gaju mangowców: znajdźcie ładnego mangowca, usiądźcie pod nim, otwórzcie dłoń, a mango prawdopodobnie spadnie wam na głowę. Aż zaboli. Zatem Ajahn powtarzał „Nie, nie, nie. To działa tak: Siedź spokojnie, a wielka empatia Buddhy sprawi, że mango same spadną”. To było takie dziwne porównanie… Dlatego tak dobrze je zapamiętałem. Choć przeczytałem wiele książek o Ajahnie Chah, w żadnej nie znalazłem tej historii – chociaż głowę dam, że ją słyszałem. Więc opisałem ją w jednej z moich książek – nie pamiętam, w której, ale chciałem się nią podzielić. Usiąść nieruchomo, otworzyć dłoń – to symbol życzliwości, serdeczności, a mango same zaczną do niej wpadać. Będzie ich więcej niż możesz sobie wyobrazić. W ten sam sposób pojawia się mądrość. I tak właśnie przebiegają etapy Przebudzenia. Nie możesz ich wyczekiwać. Jeśli zaczniesz potrząsać drzewem, wejdziesz na nie po drabinie, czy spróbujesz je ściąć, to będzie zupełnie nieskuteczne. Myślisz, że tak zerwiesz mango? Nie ma mowy. Jest tylko jeden sposób. Usiądź nieruchomo, otwórz dłoń, a mango do niej wpadną. To piękne doświadczenie. Wielu z was powiedziało mi, że tak właśnie robiliście. Brawo. Zrozumieliście. Powiedzcie to też innym. Nie należy gonić za Przebudzeniem. Trzeba się zrelaksować na maksa. Wyciszyć. Uspokoić. Dopiero wtedy świadomość zaczyna się rozszerzać. Więcej widzisz, więcej czujesz, więcej rozumiesz. Uwielbiam te porównania…
W młodości, podczas studiów, w laboratoriach uniwersyteckich, nie tylko rozwiązywaliśmy równania, ale także wykonywaliśmy doświadczenia. „Jak to właściwie działa? Chodźcie, sprawdźmy. Przetestujmy. Zobaczymy, czy działa”. Ta analogia do medytacji jest absolutnie genialna. Jak mówiłem dziś rano podczas nauki, moje zainteresowania życiowe to nie tylko medytacja i Dhamma, ale także… duchy. Mam nadzieję, że zainteresuję również was. Duchy w ogóle, w żadnej mierze nie są groźne. Nigdy. Są fascynującym zjawiskiem w naszym świecie. Skąd się biorą? Jak działają? Bo działają. I istnieją. Nie wiem, czy są tu dziś, ale znam jedną tajską parę… Nie będę otwierać oczu, ale pamiętam, że kiedy wprowadzili się do swojego pierwszego domu, okazało się, że dzwonek do drzwi dzwoni tam o różnych dziwnych porach. Szli otworzyć drzwi, ale kiedy je otwierali, nikogo nie było. Z początku myśleli, że to dzieci tak się bawią, że dzwonią do drzwi i uciekają. Ale kilka razy stali tuż obok drzwi wejściowych i kiedy zadzwonił dzwonek, mogli je bardzo szybko otworzyć. Wtedy zdali sobie sprawę, że nikt nie jest w stanie zadzwonić i natychmiast zniknąć. To nie był człowiek. To duch dzwonił do drzwi. Ale to była bardzo mądra para, bardzo ich podziwiam. Myśleli, jak rozwiązać problem i znaleźli rozwiązanie: „Wyjmijmy z dzwonka baterie, żeby nie miał zasilania”. Taka prosta rzecz, wyjąć baterie z dzwonka. Ale nawet wtedy: Ding-ding, ding-ding, W ten sposób odkryli ważną cechę duchów: mają własne źródła zasilania. Dobrze wiedzieć. Jeśli kiedyś wyłączą wam prąd, a macie zaprzyjaźnionego ducha, ten duch może wam pomóc. Ale to nie koniec, ta para miała też telewizor i czasami, gdy oglądali film czy mecz, kanały same się zmieniały. Automatycznie, nikt nie naciskał przycisku, a kanał się zmieniał. Pomni sytuacji z dzwonkiem do drzwi, w końcu się zorientowali, że to duch nadal jest w domu. A duchy też lubią oglądać telewizję. Mają swoje ulubione programy. Jeśli przełączysz na twój ulubiony program, co się stanie? Przełączą z powrotem na swój. Nawet nie będziesz wiedzieć, jak. Wymyślili więc kolejne, bardzo dobre rozwiązanie. Fajnie, gdy ludzie są pomysłowi i potrafią rozwiązać problem bez pudła – TV pudła. A mianowicie kupili drugi telewizor. Jeden telewizor dla ducha, drugi dla nich. Oznacza to, że mogą oglądać swoje programy, a duch może oglądać swoje i żyją w pokoju i harmonii. Moim zdaniem to genialne rozwiązanie. To rozwiązanie z gatunku takich, które – jeśli otworzymy umysł i zaakceptujemy pewne rzeczy – pozwalają cieszyć się większym spokojem.
Jak wiecie, jestem z wykształcenia fizykiem, więc nie przyjmuję takich rzeczy bez zebrania wszystkich danych. Jak stoimy z czasem? I tak to działa. Gdy zdobędziemy mądrość, będzie ona podstawą do tego, by pojąć naturę życia. Kolejną rzeczą, której potrzebujemy, jest spokój umysłu. Usiąść pod drzewem mango, wyciszyć się, otworzyć dłoń i poczekać, co do niej wpadnie. I to jest fascynujący aspekt buddyzmu. Skupienie na medytacji. Dlatego między innymi nadal jestem buddystą. I dlatego prowadzę odosobnienia medytacyjne i zbieram doświadczenia innych ludzi związane z medytacją. To trochę jak… trudno znaleźć odpowiednie słowa, ale to trochę, jakby ci eksplodował umysł. W głębokiej medytacji widzisz rzeczy, które wcześniej wydawały się niemożliwe, A jednocześnie odczuwasz też wielką radość i szczęście, co jest oczywiście bardzo przyjemne – ludzie myślą, że mnisi nie mają z życia żadnej przyjemności. Bardzo przepraszam, ale to nieprawda. Przypominam sobie mojego ojca. Ojciec miał okropne poczucie humoru. Moje okropne poczucie humoru to pewnie po nim. Mogę to powiedzieć, bo nie siedzi obok mnie żadna siostra: „Co robi mnich dla przyjemności?” Odpowiedź: „Mniszkę”. [gra słów: ang. "nun" = mniszka, "none" = żadna] To zdecydowanie nieprawda. To obraźliwe, mogę chyba za to trafić do więzienia. Niemniej jednak tak mawiał mój ojciec. Ale to nieprawda, że nie mamy żadnej przyjemności – mamy piękne medytacje, przepełnione radością. I dlatego w tym roku przypada pięćdziesiąta rocznica mojego wyświęcenia. Jestem bhikkhu od 50 lat – i na razie nie kończę. Nie wiem, jaki jest rekord świata. Może ja powinienem go pobić – jaki jest rekord świata w byciu mnichem? Mam spróbować go pobić? Ale nie, nie interesuje nas bicie rekordów. Interesuje nas raczej: dlaczego? Co sprawiło, że spędziłem życie jako bhikkhu, medytując i nauczając was? Odpowiadając w kółko na te same pytania tydzień po tygodniu. Szczerze, nie przeszkadza mi to. Świetnie się z wami bawię. Lubię moje mnisie życie. Lubię życie mnicha, bo często, gdy medytuję, pojawia się… to dziwne, ale dostaję przypływu energii. Zawsze mówię, że od razu po mnie widać, gdy miałem dobrą medytację. Mowa jest wtedy radośniejsza, jest więcej kiepskich żartów – nie mam nic przeciwko, bo po medytacji jestem weselszy. To źródło szczęścia. Prawdziwego szczęścia. Chciałbym móc podzielić się z wami tym szczęściem.
Takie szczęście można czasem poczuć podczas odosobnienia. Wtedy nie męczy cię przygnębienie czy choroby. A gdy spacerujesz po lesie, chodzisz leśnymi ścieżkami, możesz napotkać na jakieś tarantule, pająki, węże – ale nie boisz się ich. Mnich, który mnie wyświęcał – z początku brałem go tylko za mnicha-teoretyka… bardzo mądry człowiek. Był to Somdet Buddacharn, Somdet Kiaw, z Wat Saket w Tajlandii. Pamiętam, że raz miałem z nim spotkanie i gdy na niego czekałem, medytowałem – jak to zwykle robią leśni mnisi. Gdy mnie zobaczył, przywołało to u niego miłe wspomnienia. Powiedział, że kiedy był młody, także uczył się medytować. I opowiedział historię jednego pamiętnego przeżycia. Jego nauczyciel kazał mu medytować w gaju kokosowym. Podczas medytacji wśród kokosowych palm ogarnął go niezwykły spokój. Było to bardzo przyjemne. Spokój się pogłębiał, ale nagle poczuł na nogach jakiś ciężar. Otworzył oczy i zobaczył, że to jeden z najjadowitszych węży w tej części Tajlandii. Co było niesamowite – jak później opowiadał – to że rodzice i nauczyciele zawsze mu powtarzali, żeby uważał na te węże, bo są bardzo, bardzo niebezpieczne. A teraz taki wąż leżał mu na kolanach i mógł go w każdej chwili zabić. Ale czy mnich się przestraszył? Ku swemu ogromnemu zdziwieniu, w ogóle nie czuł strachu. Był całkowicie spokojny. Popatrzył na węża na swoich nogach, zamknął oczy i medytował przez kolejne 5-10 minut. Po 5-10 minutach wąż się rozwinął i powoli odpełznął. Niesamowite są takie historie, osobiste historie. Ten wąż nigdy by go nie skrzywdził.
Uwielbiam historie, gdzie mnisi, ludzie z Zachodu czy inni napotykają niebezpieczne zwierzęta w miejscach takich, jak Tajlandia, a one ich nie atakują. Można się zastanawiać, dlaczego. Jeśli jesteś bardzo spokojny i miły, czasem taki prześlizgnie się tuż obok ciebie. Sam raz miałem takie doświadczenie w Wat Pah Bodhinyana, w Serpentine. Akurat myłem miskę – byłem na odosobnieniu, więc mój umysł był bardzo spokojny. Myłem miskę po obiedzie aż nagle zobaczyłem w lesie jakieś zamieszanie. Stado uciekających kangurów. Nie wiedziałem, w czym rzecz, aż moim oczom ukazał się wielki dugit zachodni. Pseudonaja affinis, to jeden z jadowitszych węży w Australii Zachodniej. Później mogłem ocenić, jak był wielki. Miał trzy… niech sobie przypomnę… Trzy metry 12 centymetrów długości. Trzy metry to sporo jak na dugita. Zmierzyłem, gdy podpełznął, żeby się przywitać. Dokładnie tak zrobił: zbliżył się, spojrzał na mnie, a ja robiłem swoje, dalej myłem miskę. Gdy znów podniosłem głowę, zobaczyłem, że się odwrócił i jego ogon był skierowany w moją stronę, a głowa w przeciwną. Wąż korzystał z cienia pod ścianą chaty. Sam zbudowałem tę chatę, więc wiem, jakie miała wymiary. Wąż miał dokładnie trzy metry dwanaście centymetrów. To był bardzo gorący dzień. Ten biedny wąż szukał tylko chłodu. Jak mogłem mu odmówić odrobiny cienia w tak upalny dzień? Powiedziałem: „Zapraszam” i wąż pozostał sobie w cieniu, a ja wszedłem do środka pomedytować. Kiedy znów wyszedłem, już go nie było. Ale niektórzy ludzie bardzo się boją tych zwierząt. Nie ma czego. Oczywiście bądźcie rozsądni i nie próbujcie łaskotać dugita po szyjce. To byłaby już lekka przesada. Zostawcie go w spokoju. Nie bawcie się nim. Podobne historie zdarzają się regularnie w Jhana Grove. Czy w tym roku był już widziany? Dugit w Jhana Grove? W tym roku pogoda nie sprzyja. Jest chłodno, wietrznie i mokro. Ale w Jhana Grove mamy wielkiego dugita. Czasem można go tam spotkać. Wiecie, co raz się stało? Wąż wyszedł się ogrzać w słońcu, a wszyscy zaczęli na niego wskazywać i mówić: „Patrzcie na tego węża! Jaki wielki!”. A on chciał się tylko ogrzać. Nikogo nie atakował, nikogo nie skrzywdził. Wszyscy już wiedzą, że w miejscach takich jak klasztor Bodhinyana lub klasztor Dhammasara mogą czuć się bezpieczne. Tam jest tyle miłości dla tych zwierząt, że nie ma mowy, żeby kogoś skrzywdziły. Chyba że ktoś zacznie się bawić, biegać dookoła nich czy próbować je kopać, wtedy robi się niebezpiecznie. Ale jeśli okazujesz im szacunek, jesteś całkowicie bezpieczny. W takich rzeczach można dostrzec Dhammę. Zrozumieć, że można żyć w harmonii z istotami, które są uważane za niebezpieczne. Można żyć z nimi w harmonii, a one nigdy, przenigdy nie wyrządzą ci krzywdy. To są rzeczy, które inspirują mnie w dzisiejszym świecie. Wspomniałem już na początku lub może wcześniej w świetlicy, że dostałem ostatnio zaproszenie na za miesiąc czy dwa do Federacji Rosyjskiej, by wygłosić mowę. Zaprosił mnie niejaki pan W.W. Putin. Władimir. Mam jechać? Myślałem, żeby poprosić was, żebyście pojechali za mnie.
[GŁOS Z OFFU]
A Trump? On mnie jeszcze nie zaprosił. Jest teraz trochę zajęty. Tacy ludzie – jeśli ich o nic nie prosisz, tylko chcesz coś dać, okazać zrozumienie, trochę spokoju, trochę życzliwości, na pewno cię nie skrzywdzą. Jako mnich nie bierzesz już udziału w żadnej grze. Jesteś tylko mnichem. Uśmiechasz się, jesteś życzliwy, uczysz ich, jak się na maksa zrelaksować. Jeśli dobrze pójdzie, możesz im przekazać, że nie muszą być politykami, którzy wywołują wojny, ale politykami, którzy je kończą. Dobrymi politykami. Znam sporo takich polityków. Wielu z was chyba opowiadałem, że lata temu, zawsze, gdy leciałem na Sri Lankę, dostawałem zaproszenie od waszego prezydenta. To był Rajapaksa. Nigdy tego nie zapomnę. Ten człowiek… wiem, że był uważany za tyrana, ale kiedy go spotkałem… Pierwszy raz spotkałem się z nim w tak zwanym pałacu, w którym mieszkał – był prezydentem. Dopiero co wstał i przecierał oczy. Wiecie, jak wygląda ktoś, kto właśnie wstał z łóżka? Jeszcze nie do końca przytomny, przecierał oczy i pierwsze, co do mnie powiedział – nigdy tego nie zapomnę, to: „Jestem nieudacznikiem”. Mogę go zacytować, bo dokładnie tak powiedział – co mnie zszokowało. Był prezydentem, miał ogromną władzę na Sri Lance. I nagle słyszę, że uważa się za nieudacznika. Powiedział mi, że poszedł do polityki, aby znaleźć pokojowe rozwiązanie konfliktu z Tamilskimi Tygrysami. Ale mu się nie udało. Sposób, w jaki to powiedział… nie musiał, po prostu był szczery. To boli. Więc proszę, nie próbujcie być politykami, którzy chcą rozwiązywać problemy, bo staniecie się częścią problemu. To niczego nie rozwiąże. Inny polityk, którego ostatnio spotkałem – może was to zainteresować, bo to było w Indiach. Bywa się w świecie….
Dostałem e-mail, że ktoś z Indii prosi mnie o prywatną rozmowę na Zoomie. Jak myślicie, kto to był? To był Rahul Gandhi. Myślę, że mogę wam zdradzić powód, dla którego prosił mnie o prywatną rozmowę. Mianowicie jego kuzynka przebywała w USA, gdzie leczyła się na raka. Otrzymała tam bardzo dobre leczenie – pewnie było bardzo drogie i przechodziła chemioterapię, która była dla niej bardzo, bardzo bolesna. Nic nie było w stanie złagodzić bólu oprócz chwil, gdy wchodziła do Internetu i słuchała nauk takiego jednego australijskiego mnicha, Ajahna Brahma. Dlatego hurtowo słuchała nauk, które wygłaszam tutaj w środowe wieczory… przepraszam, w piątkowe wieczory. Jej one pomagały. Mówiła, że są genialne, choć nie rozumiała, dlaczego. Gdy ktoś tak mi mówi, czuję moc medytacji i to, jaka jest wspaniała. Potem chyba jego siostra – Priyanka – także zaczęła ze mną rozmawiać. Wysłuchali wielu moich nauk online. Jako dla buddysty nie ma dla mnie znaczenia, kim oni są. Jeśli okazują szacunek, nie wnikam, jakich potwornych czynów się dopuścili. Poznałem ludzi w więzieniach z wyrokami za potworne, brutalne rzeczy. Pierwsze co muszę zrobić, jeśli mam ich czegoś nauczyć, to okazać im szacunek. W ten sposób mogę nawiązać z nimi kontakt. Skontaktować się z nimi sercem. Wtedy można kogoś naprawdę czegoś nauczyć.
Pamiętam, jak odwiedzałem więźniów w Perth. Szczególnie jednego. To był jeden z pierwszych zakładów karnych, w których uczyłem. Znajdował się w Bunbury. Pamiętam jednego faceta… Wielki gość… Na początku zajęć podniósł rękę i zapytał: „Czy mogę zadać pytanie?” Gdyby ktoś tak wielki, pokryty bliznami, zapytał was, czy może zadać pytanie, co byście zrobili? „Yes, sir, proszę pytać”. Chciał zapytać, czy to prawda, że dzięki medytacji można przelatywać nad murami. Naprawdę tak powiedział! Oczywiście musiałem potem o tym wszystkim opowiedzieć. Szczerze odpowiedziałem, że jest to możliwe, ale wymaga wielu lat treningu. W następnym tygodniu, a właściwie dwa tygodnie później – jeździłem tam raz na dwa tygodnie, na moich zajęciach pojawiły się już tylko trzy osoby. Ale z nim się zaprzyjaźniłem. Samego mnie to zaskoczyło. Później, w więzieniu w Canning Vale – odwiedzałem różne jednostki – w Canning Vale, kiedy wszedłem do części więziennej, dali mi taki mały długopisik, ale powiedzieli, że to nie jest prawdziwy długopis, tylko alarm bezpieczeństwa. Gdybym został zaatakowany – a wielu młodych mężczyzn zostało tam zaatakowanych, kobiet także. Niektórzy więźniowie mają bardzo długie wyroki, więc wszystko im jedno. Będą siedzieć tak długo, że już nawet nie boją się dodatkowej odsiadki. Tłumaczyli mi: „Jeśli zostaniesz zaatakowany, naciśnij przycisk, wyceluj długopis w to, co wygląda jak alarm przeciwpożarowy, alarm bezpieczeństwa, wyceluj i wciśnij przycisk, a alarm się włączy. Wiemy, gdzie jesteś i przybiegniemy ci na ratunek”. Tak że było niebezpiecznie. Nauki w więzieniu, gdzie siedzą zdesperowani ludzie. Powiedzieli mi też, żeby nikomu nie mówić, co to jest. Ale gdy tylko wszedłem do sali, ten wielki facet, o którym mówiłem wcześniej… i który stał się dobrym przyjacielem… mówi: „O, ty też dostałeś alarm bezpieczeństwa?” Wszyscy wiedzieli, co to jest. „Tak”, przyznałem. „Ale to i tak pewnie na nic. Pewnie byś mnie zgwałcił, zanim zdążyłbym nawet pomyśleć o naciśnięciu przycisku”. A on na to: „Tak, jesteśmy bardzo szybcy”. I wiedziałam, że mówi poważnie. Ale powiedział też coś bardzo miłego, co zawsze będę pamiętać: „Lubimy cię tutaj. Jesteś naszym przyjacielem i za to, co nam dałeś jesteśmy bardzo wdzięczni. Jeśli któryś z nowych tam z tyłu spróbuje ci coś zrobić, nas trzech ich złoi. Jesteśmy twoją ochroną”. Całkowicie mu zaufałem. Życzliwość, dobroć, pomoc – to dzięki nim czułem się w więzieniach tak bezpiecznie, mimo że przebywają w nich bardzo niebezpieczni ludzie. Dobra, znowu się rozgadałem. Dziękuję za wysłuchanie. Mam nadzieję, że spodobało się wam to, co dziś powiedziałem. Przykro mi, że w przyszłym tygodniu nie wygłoszę mowy. Zaczynamy doroczne odosobnienie. Dla mnie nie znaczy to, że przez miesiąc-dwa mam wolne od nauczania. Muszę uczyć mnichów w klasztorze, przyjadą też mniszki, dodatkowo mamy przemiłą grupę… nie ze Sri Lanki… Indonezyjczycy i Hongkończycy przyjeżdżają na odosobnienie do Jhana Grove. Cieszę się, że mogę zaoferować im miejsce do medytowania. Tak że przede mną nadal ciężka praca. Dziękuję za tę możliwość.
Sādhu, sādhu, sādhu.
OK, teraz zazwyczaj mamy pytania. [SMARKA] Znacie ten wierszyk o kaszlu? Zawsze będę go pamiętał. Gdy masz kaszel, nie musisz się bać. Nie przez kaszel nogi wyciągniesz, tylko przez próg, gdy cię wyniosą nogami do przodu. Taki stary wierszyk z dzieciństwa. Pytanie numer jeden. „Drogi Ajahnie, skąd wiedzieć, że osiągamy postęp na ścieżce buddyjskiej?” Nie myślcie w kategoriach progresu, tylko ingresu. Nie myślcie, że idziecie ścieżką gdzieś dalej, tylko że idziecie w głąb. W ten sposób można zwiększać mądrość i spokój. Idąc w głąb miejsca, w którym jesteście, dokładnie poznając jego wnętrze. „Czuję, że moja medytacja utknęła w martwym punkcie. W jaki sposób mogę sprawdzać, czy robię postępy na ścieżce buddyjskiej?” Możesz zadać sobie pytanie, jak ci idzie przestrzeganie wskazań. Czy trzymasz się pięciu wskazań? Nie rób niczego, co może zranić lub skrzywdzić inne żywe istoty. Nie rób niczego, co może ranić lub krzywdzić ciebie. I życzliwość… To najbardziej lubię. Czasami czuję się zainspirowany tym, co ludzie są w stanie zrobić dla siebie nawzajem. Są w tym tak cudowni i piękni, że mnie to również inspiruje. Tak możesz sprawdzić, czy robisz postępy. Jeśli inspirujesz innych. Widzę też, jak wiele dobrych rzeczy robicie tutaj… Jaki jest aktualny status zbiórki dla klasztoru dla mniszek na Sri Lance? Już wam wspominałem, że na Sri Lance właśnie uznano legalność święceń bhikkhuṇī. Ciągle o tym mówię, bo jestem tym bardzo wzruszony. Przez lata myślałem, że nic z tego nie będzie. Ale się udało. I są wśród was… A na pewno jest jedna kobieta, która siedzi tu przede mną, a która oddała na ten cel całą swoją biżuterię. Sprzedała ją, by przekazać darowiznę dla żeńskiego klasztoru na Sri Lance. Sādhu, sādhu, sādhu. To inspirujące. Po co trzymać takie rzeczy. Kto w ogóle się przejmuje biżuterią? Lepszy jest uśmiech na własnej twarzy, gdy zrobisz szczodry gest. Takie są efekty. „Jak zebrać wystarczająco dużo dobrej karmy, żeby nas chroniła?” Wiecie co… Trzeba… Spójrzcie na mnie: Ile mam pieniędzy w banku? Ile mam kont inwestycyjnych? Ile mam oszczędności? Bardzo ciężko pracuję – ile mam na koncie emerytalnym, Lay Har?
[Z OFFU NIESŁ.]
Ile?
[GŁOS Z OFFU]
Mało. Jak mało?
[Z OFFU NIESŁ].
Zero. Nie mam ubezpieczenia, nie mam ukrytych oszczędności. Zrezygnowałem z tego, żeby szczęśliwie żyć. To szczęście jest najważniejsze. Dzięki niemu jestem zdrowy. Dobra, teraz mam kaszel. Ale jak szedł ten wierszyk? Kaszel, nogi, trumna, próg, nogami do przodu. Nic mi nie będzie. Następne pytanie… Z Ameryki! O rany. Czyżby? Nie, to nie od Donalda Trumpa. „Drogi Ajahnie, jak powstrzymać reżim nienawiści Donalda Trumpa? Jak zachować duchową siłę i współczucie w obliczu tego koszmaru? Jaki skutecznie zastosować wobec niego Dhammę?” Bądźcie dla niego mili. Co teraz mamy, Walentynki? Nie, to w lutym, do Walentynek jeszcze daleko. Kiedy są jego urodziny?
[KTOŚ ODPOWIADA Z OFFU, NIESŁ.)
Czternastego lipca? A to pech. Czerwca? Czternastego? Ech, szkoda, muszę czekać kolejny rok. Bądźcie życzliwi. Gdy życzliwie odnosicie się do ludzi, którzy są znienawidzeni – ma to wielką moc. Bo oni się tego nie spodziewają. „Ci buddyści… Podjąłem pewne decyzje i teraz wiele osób chce mnie wrzucić do ogniska i spalić. Ale nie oni. „Może popełniłeś błąd, ale nie chcemy twojej krzywdy”. Szanujcie się nawzajem. To bardzo głębokie przesłanie. Nikt na świecie nie może podważyć tego, jak wielką ma moc. Przypomnę wam wiersz, który zamieściłem w książce „Otwierając wrota do Twojego serca”. O tym, że zawsze trzeba szanować i kochać swoją matkę. Pamiętacie ten wiersz? Jak szanować i kochać swoją matkę, nawet jeśli ciągle o coś pyta. Męczy was, wciąż zadając pytania i o coś prosząc. Dajcie jej, o co prosi. Bo nadejdzie dzień, kiedy jej już nie będzie i nie będzie komu nic dać. Więc proszę, dbajcie o swoje mamy. A ten wiersz – wiecie, kto jest autorem? Napisał go Adolf Hitler. Niesamowite. Gdy to zobaczyłem, pomyślałem, że to wspaniałe. Tak, Adolf…
[GŁOS Z OFFU, NIESŁ.]
OK? Nie słyszę.
[GŁOS KONTYNUUJE]
Coś się zepsuło. Przejdę do następnego pytania. Czyli tak można pokonać reżim nienawiści. Można go pokonać dobrocią. Pytanie z Polski: „Czy medytacja metty działa na umarłych, którzy są w Bardo lub mają się ponownie odrodzić?” Tak, działa. „Jak pomóc osobom, które zmarły, a które bardzo kochaliśmy?” Pamiętaj o nich i dziel się z nimi zasługami. Na koniec pytanie z Niemiec. „Drogi Ajahnie, czy możesz wyjaśnić różnicę między empatią a współczuciem, karuną a mettą? Jak okazywać współczucie, nie przywiązując się i nie angażując nadmiernie? Bardzo dziękuję.” Do czego właściwie można się przywiązać, gdy komuś współczujemy? Bycie dobrym dla innych to chwalebna rzecz. I piękna rzecz. Na przykład kangury w Bodhinyanie – ponieważ znam je od 45 lat, już mnie znają i nigdy nie robią mi krzywdy. Współczucie sprawia, że stają się twoimi przyjaciółmi. A empatia… empatia bywa znacznie trudniejsza, ponieważ staramy się wczuć w to, co czuje ktoś inny. Dla mnie proste współczucie jest znacznie łatwiejsze. OK. Czy macie współczucie dla mnie? Dziękuję. Nadal odczuwam jet lag, jak mogliście zauważyć. Lot z Anglii startował około jedenastej, siedmiogodzinna różnica czasu i do Perth dotarłem późnym popołudniem następnego dnia. To około dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwie godziny. Dlatego nadal chce mi się spać. Ale to nic. Dziękuję za możliwość nauczania. Sādhu sādhu sādhu OK, do następnego razu. Mam nadzieję, że spotkamy się w Bodhinyanie lub w Jhana Grove. Będę głównie tam przez następne trzy miesiące. Wiecie, co tam będę robił? Powinienem był wam powiedzieć. W połowie odosobnienia, mam cały miesiąc… Mnisi dali mi karteczkę z poleceniem. Powiedzieli, że nie mogę odmówić. Zazwyczaj robię dwa miesiące… nie, dwa tygodnie odosobnienia. Ale w tym roku mam nakaz odosobnienia przez cały miesiąc. Czy to dobry pomysł?
[Z OFFU] Tak.
Ktoś da więcej niż miesiąc, czy usłyszę sześć tygodni? Nie, i tak jestem wdzięczny. Urlop za wysługę lat. Dziękuję. OK, oddajmy cześć Buddzie, Dhammie i Saṅdze.
O autorze

Brahmavamso Ajahn
zobacz inne publikacje autora
Czcigodny Ajahn Brahmavamso Mahathera (znany jako Ajahn Brahm), właściwie Peter Betts, urodził się w Londynie 7 sierpnia 1951 roku. Obecnie Ajahn Brahm jest opatem klasztoru Bodhinyana w Serpentine w Australii Zachodniej, Dyrektorem ds. Duchowych Buddyjskiego Towarzystwa Stanu Australia Zachodnia, Doradcą ds. Duchowych przy Buddyjskim Towarzystwie Stanu Wiktoria, Doradcą ds. Duchowych przy Buddyjskim Towarzystwie Stanu Australii Południowej, Patronem Duchowym Bractwa Buddyjskiego w Singapurze oraz Patronem Duchowym ośrodka Bodhikusuma Centre w Sydney.
Artykuły o podobnej tematyce:
- Sumedho Ajahn Czym jest medytacja?
- Bhikkhu Sujato Medytacja bez przeszkód
- Ajahn Brahm Medytacja prowadzona
Sprawdź też TERMINOLOGIĘ
Poleć nas i podziel się tym artykułem z innymi:
Chcąc wykorzystać część lub całość tego dzieła, należy używać licencji GFDL: Udziela się zgody na kopiowanie, dystrybucję lub/i modyfikację tego tekstu na warunkach licencji GNU Free Documentation License w wersji 1.2 lub nowszej, opublikowanej przez Free Software Foundation.

Można także użyć następującej licencji Creative Commons: Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0

Oryginał można znaleźć na tej stronie: LINK
Źródło: http://www.bswa.org
Tłumaczenie: Katarzyna Kubiak
Czyta: Aleksander Bromberek

Redakcja portalu tłumaczeń buddyjskich: http://SASANA.PL/
| 
